W życiu moim grzechem najważniejszym było stanowczo zbyt lekkoduszne traktowanie cudzych problemów. Nigdy nie miałem dobrego serca, nigdy się też na tym głębiej zastanowiłem. Na każdym kroku mówili - bądź sobą, bracie, bądź sobą - więc byłem. Ktokolwiek zwrócił się do mnie z żalem, musiał liczyć na moje wzruszenie ramion i idąca za tym bezradność. Cecha ta wiecznie ze mną kojarzona urosła do rangi problemu, a że sam jako człowiek je negujący nie mogłem mieć takowego, oraz ze względu na swoją lekkoduszność zamieniłem problem na pudełko po zapałkach. Nosiłem je w kieszeni non-stop (no a to, co ma się w kieszeni, nie może być przecież problemem) i wypełniałem je cudzymi zmartwieniami w formie zapałek. Miały one najróżniejsze kolory i gramatury, zasadniczo różniły się od siebie wszystkim. Zbierałem sumiennie wszystkie wzruszenia ramienne i wszystkie odrzucone problemy bliźniego swego. Gdy pudełko zapałek było pełne, oddawałem je jakiemuś palaczowi potrzebującemu ognia. Oddając problemy, nie pomagałem takiemu, więc wszystko zostawało w normie, a ja ciągle byłem sobą. Tak rozdałem około kilkanaście paczek - ciekawe, iloma problemami obdarzyłem Bogu Ducha winnych palaczy.
Pewnego chłodnego wieczoru zapaliłem ogień w kuchence gazowej, żeby ugotować sobie wodę na herbatę. Gdy już nastawiłem czajnik, uznałem, że przyjemnie byłoby napalić w kominku. Kiedy i to zrobiłem, niechcący przyjrzałem się dokładnie swoim zapałkom. Okazało się, że użyłem tych z problemami. Jednocześnie dotarło do mnie, dlaczego niedawno wyrzucili mnie z posady dyspozytora telefonicznego straży pożarnej. Przez szalejący w moim domu ogień przemknęła mi przez głowę chwila, w której wkładałem do pudełka zapałkę tego narwańca, który nawrzeszczał mi przez telefon: Pożar, POŻAR NA ULICY...

   
   
0

Leżysz zabity i jam też zabity,
Ty - strzałą śmierci, ja - strzałą miłości,
Ty krwie. ja w sobie nie mam rumianości.
Ty jawne świece, ja mam płomień skryty.

Tyś na twarz suknem żałobnym nakryty,
Jam zawarł zmysły w okropnej ciemności,
Ty masz związane ręce. ja wolności
Zbywszy mam rozum łańcuchem powity.

Ty jednak milczysz, a mój język kwili,
Ty nic nie czujesz, ja cierpię ból srodze,
Tyś jak lód. a jam w piekielnej śreżodze.

Ty się rozsypiesz prochem w małej chwili,
Ja się nie mogę, stawszy się żywiołem
Wiecznym mych ogniów, rozsypać popiołem.

Aut. Jan Andrzej Morsztyn

   
   
0

względny spokój mącony
tylko sytuacjami obok w bloku
tam gdzie w mroku sąsiedzkiej
strony miejscami krok krokowi
dotrzymuje kroku, tam tańczą
więcej i częściej, w bok i w górę
hej! względny spokój gdy
z tyłu głowy śmieszość, gdyż
kiedy patrzysz w ciemność
ciemność patrzy w ciebie
to porozumienie, które daje nadzieję
że nie oślepnie się tak nagle
jak przy świetle reflektorów
wyboów przez nie prześwietlonych
przepalonych jak spisek żarówkowy
co drugi młody uzależniony od
światła sztucznego, co trzeci stary
też nie da rady bez niego, dlaczego
strumień impulsów należy do
codziennego rozkładu danych
rozpowszechnianego przez nas samych
nas-przegranych z własnymi
brakami świadomości możliwości
znowu w gościach mości królowa
słynąca z nawrotowej złośliwości
i nie zmieni się to, dopóki
nie zostaną z nas kości
można prościej

   
   
0

Sielankowy nastrój sobotniego popołudnia przerwany został przez coś gwałtownie się odbywającego. Szeregowy Andrew poprawił założony przez ramię karabin i postanowił zasięgnąć języka. Zapytał się młodzieńca o wyglądającej na zorientowaną fizjonomii, czy wie, co to za zamieszanie. Ten odpowiedział z należytym dla władzy szacunkiem, że jaki wariat stoi na środku chodnika i wykrzykuje bzdury. Szeregowiec Andrew podziękował za informację i postanowił sprawdzić, o co chodzi. Przecisnąwszy się przez stłumioną ciżbę zobaczył i usłyszał powód zgiełku. Otoczony ludem na środku chodnika stał i krzyczał mężczyzna, na oko pięćdziesięcioletni. Szeregowiec Andrew usłyszał z jego ust między innymi takie słowa, jak "szpitale to cholerne umieralnie, ludzie! Tam już się nikogo nie leczy" czy "obecna medycyna jest nauką trucia ludzi!". Szeregowiec Andrew postanowił interweniować.
- Dzień dobry, szeregowiec Andrew Soulmount, jednostka 28A, dywizja 5. Szerzy pan zamęt i harmider. Proszę odpowiedzieć mi na pytanie, kim pan właściwie jest? - szeregowiec Andrew przyjął wyuczoną, formalną postawę obejmującą między innymi zasalutowanie przy nazwisku. Krzykacz zaprzestał mącenia w głowach ludziom, a gapie widząc przedstawiciela władzy, uśmiechnęli się pod nosami, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
- Ja nazywam się Wojciech Śmigło i zamierzam uświadomić wszystkich o obłudzie lekarskiej! - wykrzyknął mąciciel, popukawszy się przy tym kciukiem po piersi, akcentując swoją godność oraz wykonywaną czynność.
Tłum, podniesiony na duchu przez obecność władzy, zaczął chichotać. Ktoś krzyknął wulgarne określenie zdziwienia roztoczonego nad plecionymi przez człowieka o nazwisku Śmigło farmazonami. Adresat obelgi, usłyszawszy ją, zaczął formować kwiecistą wiązankę zwrotną, jednak w połowie słowa zamarł, jakby coś w nim pękło. Jego wzrok zbłądził gdzieś pomiędzy gapiami, a głos się załamał. Śmigło podszedł do pierwszej lepszej kobiety, zmierzył ją krytycznym wzrokiem i rzekł:
- Przykro mi, cierpi pani na liczne wady kręgosłupa. Zalecany jak najszybszy kontakt ze specjalistą i proszę się nie garbić, na miłość boską! - Śmigło zmienił szybko obiekt diagnozy na średniego wzrostu faceta, który stał obok. - A pan ma przewlekłe zmiany wątrobowe, proszę nie spożywać tyle wódki!
W szybkim tempie krzykacz zdiagnozował kilku następnym osobom najróżniejsze przykre jednostki chorobowe. Ci, którym taką diagnozę wystawił, najwyraźniej uważali ją za nieodbiegającą od faktycznego stanu rzeczy - można było to wywnioskować z ich zatrwożonych twarzy. Tłum powoli zaczynał zdawać sobie sprawę, co się właśnie zaczęło dziać.
- Ludzie, ten Wojciech rozdaje choroby! - ktoś krzyknął. Zakotłowało się. Przez pierwsze krzyki przebił się donośny falset - Pesyfilantrop jawny!
- Przeciwnik rozwoju społecznego!
Szeregowiec Andrew spojrzał na Śmigło - ten śmiał się przeraźliwie. Krzyknął:
- A doktor Wojciech Śmigło ma chorą głowę! Zalecane zadzwonić po karetkę, zalecane uzdrowić ludzkość, ZALECAM!
To były jego ostatnie słowa. Ostatnie zalecenia utonęły pod obywatelami, którzy runęli na krzykacza i zaczęli go miażdżyć. Szeregowiec Andrew postanowił nie przeszkadzać demokratycznej decyzji dziać się swoją koleją rzeczy. Patrony oszczędzać rzecz święta, a poza tym on nie był od uspokajania ludu. Sami sobie poradzą.
Od tego dnia dziwnym trafem w mieście malała liczba zachorowań. Nawet szeregowiec Andrew przestał uskarżać się na dokuczliwe kłucie w mostku.

   
   
0

Wszyscy już usiedli, oczekując profesora Jędrzejmanna, tutejszego nauczyciela filozofii. Człowiek był to niesamowicie zgryźliwy, a uczniowie podobnie jak kadra pedagogiczna kojarzyli go głównie z tradycji "usadzania" kilku młodych humanistów każdego roku szkolnego. Egzaminy komisyjne jako jedyny w okolicy przedstawiciel oświaty pod względem swojej specjalizacji układał sam, i praktycznie nie było na nie sposobu. Tego pamiętnego dnia, a był to poniedziałek, profesor Jędrzejmann wszedł do klasy z miną bardziej marsową niż zazwyczaj. Ogarnął uczniów wzrokiem, który był znany jako śmiertelny i kojarzony z wypatrywaniem ofiary przez drapieżne ptaki. Nieliczni, którzy próbowali je znieść, skarżyli się później na dziwny, migrenowy ucisk w głowie. Spojrzenie to trudne w odbiorze spoczęło na Kamilu, lokalnym antygeniuszu w zakresie przedmiotów humanistycznych.
- Fiodyna, Fiodyna Kamil - szyk, w którym profesor Jędrzejmann wypowiadał nazwisko ucznia podejrzanego o niewiedzę był również słynny, doczekał się on nawet licznych parodii, mimo to iście po hitchcockowemu zwiastował nieszczęście. - Podejdź tu no, opowiesz nam coś o myśleniu Hegla.
Kamil z kamienną miną, którą zresztą od początku lekcji zachowywała cała klasa, wstał i podszedł do tablicy.
- Więc, Fiodyna, na ocenę opowiesz nam o Absolucie pod kątem myślenia George'a Wilhelma Fryderyka Hegla - z namaszczeniem profesor sformułował problem badawczy.
Kamil, ku zaskoczeniu profesora, odpowiedział perfekcyjnie bez zmieszania - nawet nie stricte podręcznikowo, lecz własnymi słowami. Napomniał bardzo dokładnie o aspektach Heglowskiego Absolutu, dodając przy tym odniesienie do pojmowania tego tematu w latach późniejszych niż żył sam Hegel.
Po odpowiedzi w sali ponownie zapanowała gronowa cisza, którą zakłócało jedynie nosowe oddychanie profesora Jędrzejmanna. Przerwał on impas zdumionym pytaniem:
- Jakże to, Fiodyna, ty umiesz na lekcję?!
- Owszem, panie profesorze, nauczyłem się starannie.
W klasie nadal panowała cisza jak makiem zasiał. Nie było rozmów, nawet nikt nie hałasował długopisami - słychać było tylko rozmowę Kamila i Jędrzejmanna.
- Przecież ty masz same jedynki z filozofii, leniłeś się przez prawie cały rok! - wykrzyknął profesor.
- Postanowiłem poprawić oceny, mimo że sama filozofia niespecjalnie mnie interesuje - spokojnie stwierdził Kamil.
Na twarzy profesora zdumienie ustępowało miejsca trwodze. Wpisał Kamilowi dobrą ocenę, po czym wycelował palcem wskazującym prawej ręki w Julkę, uczennicę znaną z krnąbrności i ciętego języka.
- Olmańska, jaskinia Platona, wyjaśnić pojęcie!
Julka wstała i odpowiedziała bez zająknięcia. Zatrwożony profesor był zmuszony i jej wpisać pozytywną ocenę, po czym bez litości przepytał jeszcze kilku uczniów. Wszyscy bez wyjątku umieli. Wyczerpany Jędrzejmann oparł się ciężko o biurko i obwieścił:
- Tak być nie może. Powinniście NIE wiedzieć! Filozofia to bardzo ciężki przedmiot, w którym nie ma poprawnej odpowiedzi, są tylko pytania! Tego nie można się nauczyć! Trzeba podążać TEGO ścieżką i mieć TO w sercu!
Cisza. Na oblicze profesora Jędrzejmanna zaczęła wstępować groza. Uniósł on w stronę niebios swój służący wymierzaniu palec i rzekł:
- Idę na urlop. Już dawno mi się należało od was, łobuzów, odpocząć. W ramach zastępstwa lekcje będzie prowadzić znajomy student, pan Masseryński.
Zapowiedziawszy taką zmianę, profesor wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Chwilę później zadzwonił dzwonek, a uczniowie zaskoczeni zachowaniem nauczyciela udali się na przerwę, żywo dyskutując.

Dwa dni po odejściu profesora Jędrzejmanna na urlop klasę humanistyczną ponownie czekała lekcja filozofii. Wszyscy przez te dwa dni rozprawiali - o tym, co się stało, oraz o studencie, który miał dzisiaj prowadzić zajęcia. O odpowiedniej porze uczniowie zajęli miejsca. W szumie rozmów nikt nie zauważył nadprogramowej postaci, która usiadła w ostatnim rzędzie w "najmniej podejrzanym" miejscu.
Oczy klasy były skupione na drzwiach, przez które wnet przeszedł student o aparycji do złudzenia przypominającej Jędrzejmanna i wszystkich innych złośliwych nauczycieli razem wziętych. Student przedstawił się krótko, po czym - ku przeczuciom uczniów - zabrał się za testowanie wiedzy.
- Więc - zaczął powoli - kto nam przypomni koncepcję nadczłowieka według Fryderyka Nietzschego? Może... kolega w tej oślej ławce z tyłu?
Wszyscy obrócili się w tym kierunku - zazwyczaj w tej ławce nikt nie rezydował. Teraz jednak siedział tam nie kto inny, jak profesor Jędrzejmann ubrany prawie że młodzieżowo. Miał nawet plecak, piórnik i uczniowskie wydanie podręcznika. Tak się prezentujący wstał i dumnym głosem rzekł:
- Nie wiem.
- Wobec tego jedynka za nieprzygotowanie do lekcji, panie Jędrzejmann. Z fundamentalnymi brakami wiedzy filozofii nie będziemy budować.
Student najwyraźniej, podobnie do profesora, cieszył się z oceny niedostatecznej. Na twarzach obu malował się jednakowy wyraz mówiący, że oto właśnie ich dwóch ratuje filozofię przed niechybną zagładą z rąk laików.

   
   
0

Droga była długa i zmoczona deszczem sprzed paru godzin. Dwóch wędrowców przemierzało ją niestrudzenie od długiego czasu, pochłonięci byli rozmową. Nie znali swoich imion, lecz nie zwracali na to specjalnej uwagi. Wokoło pachniało ozonem, a asfalt odbijał promienie słońca, zapewniając wędrówce świetną atmosferę.
- A widziałeś już ten cały tłum po drugiej stronie jezdni?
- Zastanawiałem się już nad tym. Widzisz, jak nam machają? I zdaje się ich przybywać.
Wędrowcy, nie zatrzymując się, odmachali towarzyszom. Ci ucieszyli się - było to wiadome, chociaż nie było ich w ogóle słychać i tylko trochę było ich widać. Wyglądali wędrowcom jakby znajomo, jednak ich twarze nie przypominały nikogo wcześniej poznanego. Gdy chcieli się przypatrzeć któremuś dokładnie, jego postać cofała się wstydliwie do tyłu pochodu.
- Jak myślisz, kim oni są?
- Najwyraźniej to wydarzenia, które już nas wcześniej spotkały. Chyba im się spodobaliśmy.
- Po czym to wnioskujesz?
- Jeżeli dobrze się przypatrzysz, dostrzeżesz pewien detal, który coś ci przypomni. Pamiętasz, jak czekaliśmy dwa dni obok torów, aż przejedzie pociąg?
- Akurat musieliśmy na niego trafić.
- A teraz jedno z wydarzeń wygląda zupełnie jak kolejarz. Zobacz, chyba usłyszał, macha nam.
Pół-przezroczysty kolejarz z uśmiechem machał wędrowcom, po czym upatrzony wycofał się, dając miejsce dwóm innym wydarzeniom. Gdy wędrowcy zatrzymali się, zarządzając postój, wydarzenia wtopiły się w otoczenie. Wędrowcy uznali, że teraz trzeba odpocząć przed dalszą wędrówką. Później, gdy ruszyli dalej, do wydarzeń dołączyła mgła faceta z lustrem - wspomnienie chwili, gdy wędrowcy zdali sobie sprawę z towarzyszącym im cały czas wydarzeń.

   
   
0

Dlaczego akurat kałuże? - można zadać to pytanie, patrząc na tytuł niniejszego tekstu. Tytuł powinien budzić zainteresowanie, grozę, a najlepiej gdyby świecił jaskrawymi kolorami. A tu nagle kałuża. Spotyka na co dzień szare i mokre, deszczowe i małe zbiorniki wody. Można wdepnąć, mocząc sobie obuwie, można stracić dziesięć złoty, gdy wpadnie, a kałuża okaże się być zbyt głęboka lub zbyt zanieczyszczona. W ogóle taka kałuża z brzegu wydaje się być kompletnie nieprzydatna. Ale można o niej pisać - a ludzie czytają. W ten sposób znacząco zmniejsza się na świecie liczba rzeczy nieprzydatnych.

   
   
3

Najlepszy komentarz:

rastamind dzisiaj o 11:01
0  2

Śmiem się zgodzić z kolegą. Kałuże są pożyteczne! Myłem w nich ręce jak do domu było daleko , lat temu dziesiąt a czasem puszczaliśmy w nich papierowe statki z bratem, szczególnie w tych płynących zaraz po deszczu, wzdłuż krawężników, obserwując jak statki znikają w czeluściach studzienek burzowych.


https://youtu.be/CuryXVnjXqY
Polecam wszystkim serdecznie, znakomicie zrealizowany dokument dot. działalności polskiej sceny muzycznej za czasów rządów socjalistycznych. Jak muzyka miała wpływ na zmiany tamtejszego reżimu jak i historie ówczesnych zespołów muzycznych, wspominające czasy cenzury, buntu i opresji.

   
   
1

Najlepszy komentarz:

trzmielinsky przed chwilą
0  0

ci ludzie jacyś piękniejsi

JAK SIĘ MODLIĆ:

Na początku Wielki Stwórca oraz dobre duchy Ziemi i Natury przynieśli naszym tutejszym ludom (i wszystkim ludziom, rasom i kulturom) pojęcie i wiedzę na temat używania Ognia do modlitw (a poza tym do gotowania, ogrzewania się i ochrony); ogień okazał się również bardzo wartościowym narzędziem służącym przetrwaniu na różne sposoby. Wielki Stwórca oraz Duchy wykształciły nas w użyciu i potrzebie dawania Podziękowań (pokazujących nasz respekt i szacunek). Nauczyli nas Prawa Wzajemności i jak używać tytoniu (lub innych ziół), które były lokalnymi ziołami w naszym środowisku; czasami jako Modlitewna Ofiara były używane pokarmy podczas Inwokacji.

ZACZYNAJ:

Złóż swój Święty Ogień i spróbuj zapalić go od strony wschodnich drzwi.
Gdy zacznie się palić sypnij nad nim trochę cedru, szałwii, liści laurowych lub igieł sosny bądź jodły jako ofiary dla ognia i dla ochrony.
Później połóż na swojej dłoni trochę tytoniu (niektórzy ludzie wolą używać mąki kukurydzianej, owsa, ziołowej herbaty, ryżu lub naci kwiatów, lawendy, rozmarynu itp.).
Stań twarzą w kierunku wschodnim i rozłóż w górze swoje ramiona i dłonie z ofiarą dla Wielkiego Stwórcy i Nieba,
następnie odwróć się na południe i wykonaj tę samą czynność, podobnie na zachodzie i północy.
W ten sposób utworzyłeś kompletny Krąg i zainicjowałeś Ceremonię. Krąg jest Święty, nie ma początku i nie ma końca,
dlatego jest świętym symbolem i jest używany jako forma komunikacji i środek zjednoczenia się z całym Stworzeniem.
Teraz możesz modlić się w następujący sposób w dowolnym języku:

“Wielki Stwórco, Cztery Moce Wszechświata, Matko Ziemio i wszystkie moje Powiązania z Naturą. Przychodzę do Was w pokorze by modlić się i przeprowadzić Ceremonię Uzdrawiającą Ziemię. Ofiaruję Wam ten tytoń (lub inne zioła) jako zapłatę i jako sposób okazania mojego respektu, szacunku i miłości wobec Was. Modlę się i proszę o powszechne błogosławieństwo dla Was i Wszystkich Naszych relacji w Naturze; wszystkich żywych rzeczy, które chodzą, pełzają, latają, pływają, widzialnych i niewidzialnych.

Modlę się za Naród Roślin , Naród Drzew, Naród Owadów, Zwierząt, Ptaków, Żab,
Węży i Naród Jaszczurek modlę się za Naród Ryb i Skał.
Dziękuję również Naturze i wszystkim naturalnym elementom wliczając w nie powietrze, ogień, ziemię i wodę;
i dobre duchy moce i siły, które są nad Ziemią, wewnątrz Ziemi i wokół Ziemi.

Dziękuje Wam wszystkim za tak wiele wspaniałych darów, którymi dzielicie się z nami ludźmi byśmy mogli żyć i przetrwać.
Proszę abyście wybaczyli nam ludziom wszystkich ras, kultur i wyznań nasze krzywdy, które wyrządziliśmy Wam, nasz wyzysk i chciwość,
którą skierowaliśmy przeciwko Wam i za każdy strach, każdą wrogość i brak szacunku Wam okazany.
Proszę wybaczcie nam nasze duchowe lub fizyczne naruszenia, które ja lub moja rodzina i przodkowie popełniliśmy przeciwko Wam.
Pragnę Błogosławieństwa dla Matki Ziemi i Wszystkich Moich Relacji w Naturze abyście mieli długie, zdrowe życie i ochronę.
Modlę się by zawsze panowała Miłość, Pokój, Równowaga i Harmonia pomiędzy Ludzkością, Matką Ziemią i Naturą.

   
   
2

Najlepszy komentarz:

Howard przedwczoraj o 20:28
0  0

Czy to jest jakiś stary słowiański zwyczaj?

Zielen wczoraj o 14:24
0  1

@Howard: Jest to fragment listu od indiańskiego szamana przetłumaczony na polski.



Losuj następne

Polub nas!