Rozmyślałem nad własnym, wysublimowanym poczuciem estetyki, kiedy usłyszałem kroki
na schodach. Najbardziej rozchwierutany stopień skrzypnął przeraźliwie, a ja uniosłem się na
łokciach i spojrzałem w stronę drzwi. Rozległo się ciche pukanie.
– Wejść – powiedziałem i drzwi uchyliły się.
W progu zobaczyłem kobietę okutaną w wełnianą, szarą chustę. Jej twarz była barwy
chusty, a długi, haczykowaty nos sprawiał, że wyglądała jak czarownica z sabatowych
sztychów. Ach, zresztą mylne wyobrażenie, mili moi. Zdziwilibyście się, wiedząc, że piękne i
dobrze urodzone kobiety potrafią oddawać się diabłu. Bo i czegóż miałby on szukać u
wyschniętych, wyblakłych niewiast, jak ta, która odwiedziła mnie w pokoju? Wiadomo, że
również diabłu bardziej podobają się urodziwe młódki o świeżych policzkach i stromych
piersiach. Niemniej kobieta, która mnie odwiedziła, miała piękne, zielonkawe oczy i czujne
spojrzenie ptaka.
– Mistrzu Madderdin – powiedziała, pochylając głowę. – Czy zechcecie mnie przyjąć?
– Proszę – odparłem i wskazałem zydel, a ona przysiadła na jego skraju. – Czym wam
mogę służyć?
– Nazywam się Verma Riksdorf, szlachetny mistrzu, i jestem wdową po kupcu
zbożowym Amandusie Riksdorfie, zwanym Żyłą.
– Aż tak ostrożny był w planowaniu wydatków? – zażartowałem.
– Nie, panie. – Zauważyłem, że rumieniec pojawił się na jej policzkach. – Przezwano go z
innego powodu...
Chciałem spytać z jakiego, ale nagle się domyśliłem i roześmiałem.
– Ach, tak – powiedziałem, a ona zaczerwieniła się jeszcze bardziej. – Słucham więc,
Vermo. Z jaką sprawą do mnie przychodzisz?
– Potrzebuję pomocy. – Podniosła wzrok i spojrzała na mnie twardo. – Pomocy kogoś
znacznego, niestrachliwego i gotowego, by odbyć podróż.
– Gdybym był znaczny, nie mieszkałbym w tej oberży,odbycie podróży w czasie
jesiennych deszczów nie uśmiecha mi się, a dnie i noce spędzam w bojaźni Bożej – odparłem.
– Źle trafiłaś, Vermo. Do widzenia.
– Ależ panie – usłyszałem zaniepokojenie w jej głosie. – Polecili mi ciebie przyjaciele
przyjaciół. Mówią, że jesteś człowiekiem, którego siła jest równa stanowczości, i że nie masz
sobie równych w śledzeniu diabła oraz jego uczynków.
– Przesada – ziewnąłem, bo byłem odporny na pochlebstwa. Chociaż... zawsze to
grzeczne słowa mile łechcą serduszko.

   
   
2

Najlepszy komentarz:

takietam 15 marca 2014 16:34
0  2

Jacek Piekara - Sługa Boży albo Młot na czarownice... nie chce mi się sprawdzać :)

Mury obronne

klimatyczna miejscówka

   
   
1

Najlepszy komentarz:

nocula 13 marca 2014 23:45
0  0

piękne miejsce:)

I nagle odezwała się Klarysa McClellan:
— Czy mogę o coś zapytać? Jak długo pracuje pan jako strażak?
— Od dwudziestego roku życia. Zacząłem dziesięć lat temu.
— Czy kiedykolwiek przeczytał pan jakąś z tych książek, które pan pali?
Roześmiał się. — To byłoby przeciwko prawu!
— Och! Rzeczywiście.
— To niezgorsza robota. W poniedziałek spal Ednę Millay, we wtorek Whitmana,
w środę Faulknera, spal ich na popiół, a potem spal popioły. To nasze oficjalne hasło.
Szli dalej, a dziewczyna spytała: — Czy to prawda, że dawno temu strażacy gasili pożary,
zamiast je rozniecać?
— Nie. Domy zawsze były ogniotrwałe, może pani mi wierzyć na słowo.
— Dziwne. Słyszałam raz, że bardzo dawno temu domy zapalały się przez przypadek
i potrzebni byli strażacy, żeby gasić płomienie.
Roześmiał się.
Spojrzała nań szybko. — Dlaczego się pan śmieje?
— Nie wiem. — Znowu się roześmiał i urwał.
— Śmieje się pan, kiedy nie powiedziałam nic śmiesznego, i odpowiada pan z miejsca,
nie zatrzymując się nawet, by pomyśleć, o co pytałam.
Stanął. — Pani jest naprawdę niesamowita — rzekł patrząc na nią. — Nie ma pani
żadnego respektu?
— Nie myślałam pana obrażać. Sądzę, że to wszystko polega na tym, że za bardzo lubię
obserwować ludzi.
— No, dobra, a czy to dla pani nic nie znaczy? — Dotknął palcem cyfry 451 wyhaowanej
na jego czarnym rękawie.

   
   
5

Najlepszy komentarz:

trixx 10 marca 2014 17:29
0  2

451 stopni Fahrenheita, Ray Bradbury

Ku swemu niezadowoleniu musiał natychmiast przerwać rozpoczęte przemówienie i wytłumaczyć im, co to jest plan, gdyż pojęcie to było im zupełnie nie znane. Tym razem Complain miał przewagę nad Wantage'em, gdyż bardzo szybko pojął sens planu, a przede wszystkim zrozumiał, na czym polega dwuwymiarowe przedstawienie trójwymiarowego obiektu, do tego jeszcze tak wielkiego jak statek. Wantage'owi nie pomogły nawet prawie naturalnej wielkości obrazy Menera; ustalono w końcu, że musi się pogodzić z faktem, którego nie rozumie, podobnie jak Complain „przyjął" istnienie statku, chociaż nie widział na to żadnych racjonalnych dowodów.

- Nikt przedtem nie dysponował jeszcze tak dokładnym planem statku - pouczał Marapper. - To szczęście, że wpadł w moje ręce. Ozbert Bergass wiedział bardzo dużo o budowie statku, ale dokładnie znał tylko rejon Schodów Rufowych i część Bezdroży.

Plan ujawnił, że statek wyglądem przypomina wydłużone jajko, w środku walcowate, zakończone tępo na obu biegunach. Całość obejmowała osiemdziesiąt cztery pokłady, które w przekroju poprzecznym przypominały monetę. Większość pokładów (z wyjątkiem kilku na obu końcach) składała się z trzech koncetrycznyeh poziomów: górnego, środkowego i dolnego. Znajdowały się w nich korytarze połączone ze sobą windami lub schodkami, a wzdłuż korytarzy pomieszczenia mieszkalne, czasami niewielkie, i wtedy było ich dużo, a czasami tak ogromne, że zajmowały cały poziom. Wszystkie pokłady połączone były ze sobą korytarzem biegnącym wzdłuż dłuższej osi statku, tak zwanym Korytarzem Głównym. Istniały jednak także dodatkowe połączenia między krętymi korytarzami poszczególnych pokładów, jak również między leżącymi koło siebie pokładami.

Jeden koniec statku był oznaczony wyraźnie jako „Rufa", na drugim widniał napis „Sterownia". W tym miejscu Marapper położył palec.

- Oto gdzie znajdziemy kapitana - rzekł. - Ten, kto się tu znajduje, kieruje statkiem. Tam się właśnie udamy.

- Dzięki temu, że mamy plan, będzie to dziecinnie proste zadanie - oświadczył Roffery zacierając ręce. - Musimy tylko iść cały czas Korytarzem Głównym. Może jednak słuchanie ciebie, Marapper, nie było tak wielkim idiotyzmem.

   
   
1

Najlepszy komentarz:

Inny 14 marca 2014 19:54
0  1

Brian Aldiss "Non Stop". Dobra książka...

Paul czuł, że coraz bardziej wychodzi z szoku wywołanego próbą. Spojrzał
prosto w jej taksujce oczy i powiedział:
- Twierdzisz, że mogę by Kwisatz Haderach. Co to jest, człowieczy gom
dżabbar?
- Paul - powiedziała Jessika - nie wolno ci przemawiać takim tonem do...
- Ja to załatwię, Jessiko - przerwała stara. - Otóż, chłopcze, czy słyszałeś o
serum prawdomówczyni?
- Zażywacie je, by rozwinąć dar wykrywania kłamstwa. Wiem to od matki.
- Widziałeś kiedy trans prawdy?
Pokręcił głową. - Nie.
- Serum jest niebezpieczne - powiedziała - ale daje szósty zmysł. Kiedy dar
serum spłynie na prawdomówczyni, może ona zobaczyć wiele miejsc w swej
pamięci, w pamęici swego ciała. Widzimy tyle dróg przeszłości... lecz są to jedynie
drogi kobiece. - Nuta smutku zagościła w jej głosie. - Ale jest miejsce, którego nie
może zobaczyćż adna prawdomówczyni. Odpycha nas ono, przeraża. Mówi się, że
pewnego dnia pojawi sęi mężczyzna i odnajdzie w darze serum swoje wewnętrzne
widzenie. Zobaczy to, czego my nie możemy - zarówno kobiecą, jak i męską przeszłość
- Wasz Kwisatz Haderach?
- Tak, ten, który jest w wielu miejscach naraz: Kwisatz Haderach. Wielu
mżczyzn zażyło serum... bardzo wielu, ależ żadnemu się to nie udało.
- Zażyli i zawiedli, wszyscy?
- Och, nie! - Potrząsnęła głową. - Zażyli i umarli.

   
   
4

Najlepszy komentarz:

lvlaras 10 marca 2014 20:22
0  3

Diuna Franka Herberta :D
Dopiero niedawno skończyłem czytać :)
Fajny pomysł z tym zgaduj zgadula

1) Na ogół do prowadzenia wojny trzeba mieć tysiąc lekkich wozów
bojowych, tysiąc krytych skórą ciężkich wozów taboru i sto tysięcy
żołnierzy w pancernych pasach.
2) Przy zaopatrywaniu na odległość tysiąca li wydatki w kraju i w polu,
koszta przyjmowania doradców i gości, materiałów takich jak klej i laka,
utrzymania wozów bojowych i uzbrojenia wyniosą tysiąc sztuk złota
dziennie. Dopiero gdy się ma takie pieniądze, można wystawić sto
tysięcy wojska.
3) Przy tak ogromnej armii najważniejsze jest szybkie zwycięstwo. Gdy
wojna się przewleka, broń tępieje, ostrz się łamią i duch upada. Siła
wyczerpuje się w obleganiu miast.
4) Kiedy armia wdaje się w przewlekłe działania, nie wystarczy na to
zasobów państwa.
5) Gdy broń stępi się i ostrza połamią, zapał wygaśnie, siły i skarb się
wyczerpią, sąsiedni władcy wykorzystają wasze ciężkie położenie, aby
uderzyć. Choćbyś wtedy miał dobrych doradców, nie obrócisz wyników
na swoja korzyść.
6) dlatego słyszy się o głupim pośpiechu w prowadzeniu wojny, lecz nie
znamy przypadku działań bojowych, które byłyby udatne, jakkolwiek
przewlekłe.
Atak może być niezbyt pomysłowy, musi jednak być przeprowadzony z
nadludzką szybkością.
7) Bo nie zdarzyło się jeszcze, aby przewlekła wojna przyniosła krajowi
korzyść.

   
   
2

Najlepszy komentarz:

paco 11 marca 2014 00:08
0  1

Sztuka wojenna - Sun Zi

Case miał dwadzieścia cztery lata. W wieku dwudziestu dwóch został kowbojem, koniokradem, jednym z najlepszych w Ciągu. Uczył się u naprawdę najlepszych, McCoya Pauleya i Bobby Quine'a, legend tego fachu. Działał na nieustannym niemal adrenalinowym haju, produkcie ubocznym młodości i sprawności, włączony do robionego na zamówienie cyberprzestrzennego deku, który rzutował bezcielesną świadomość na wszechzmysłową halucynację matrycy. Był złodziejem pracującym dla innych, bogatszych złodziei, pracodawców dostarczających egzotycznego oprogramowania wymaganego dla przebicia jasnych murów systemów korporacyjnych, otwierającego okna na złotonośne pola danych.
Popełnił klasyczny błąd, choć przysięgał sobie, że tego nie zrobi: okradł swoich zleceniodawców. Zatrzymał coś dla siebie i próbował pchnąć to u pasera w Amsterdamie. Wciąż nie był pewien, jak został wykryty. Zresztą, teraz nie miało to znaczenia. Oczekiwał na śmierć, ale oni tylko się uśmiechali. Oczywiście, powiedzieli, może sobie zatrzymać pieniądze. Nie ma sprawy. Będą mu potrzebne. Ponieważ - nadal z uśmiechem - mają zamiar upewnić się, że już nigdy nie będzie pracował.
Uszkodzili mu system nerwowy wojenną, rosyjską mykotoksyną.
Przywiązany do łóżka w hotelu w Memphis, halucynował przez trzydzieści godzin, a jego talent wypalał się mikron po mikronie.
Ingerencja była minimalna, subtelna i absolutnie skuteczna.
Dla Case'a, żyjącego jedynie dla niematerialnego uniesienia cyberprzestrzeni, to był Koniec. W barach, które odwiedzał jako czołowy kowboj, elita okazywała obojętność czy nawet pogardę dla ciała. Ciało to mięso. Case znalazł się w więzieniu własnego ciała.

   
   
1

Najlepszy komentarz:

lvlaras 10 marca 2014 20:25
0  2

Neuromancer – Williama Gibsona :) Fajne książki wybierasz :)



Losuj następne

Polub nas!