Kto pomoże?
pm mnie

dobre
   
słabe
   
0


utarło się, że człowiek przed szybą
z domieszką srebra w powierzchni
i na szyi co jakiś czas stoi
i podziwia się, z jakich czynów zbudowany
ta blizna to z roboty, wczesna łysina
wyznacznik historii, spojrzenia w tył
odbicie przeszłości

pożary, cudze, gaszone deszczem
budynki czarne od niepamięci
bezzębne fortepiany i dziurawa
błona bębenkowa

a tu, na sercu
przypalił ktoś na wylot papierosem
lecz drugiej strony lustra
przez otwór w ogóle nie widać

dobre
   
słabe
   
0

Nadinterpretacja to dźwięku
lokacja
ona by mogła
ale na dole...
lepszy widok miała
ona by mogła
ale skoczyła z okna
ponad chmury wysoko
ciężkie ramiona łomocą
a to a sprawą złego:
duszka przydrożnego
duszka podniebnego
Szybujesz czy stopujesz?

dobre
   
słabe
   
4

im dalej wstecz
tym gęściej pada śnieg
głośniej gra muzyka
pradawnych instrumentów
im dalej wstecz
las gęstszy i ludzie rzadsi

im później tym noc
mniej straszna
śpiew traci słowa
melodię odzyskuje
rzeczywistość odrealniona

a magia im wcześniej
tym więcej ma wyznawców
istnieją szkoły prawdziwego życia
żyją nazwy dziś archaiczne

im wcześniej tym głośniejszy
śmiech i liczniejszy
nie wstydzi się nikt

to już wczoraj
to już dziś

nie trzeba się cofać

dobre
   
słabe
   
0

program nostalgiczny
- Koniec. Ironiczny koniec na samym początku, i w dodatku jako pierwsze słowo opisywania tego początku, który jeszcze się na dobre nie zaczął.
Ognisko dogorywało przy towarzyszącym mu świcie. Z lotu ptaka widziałem cień, który rzucałem na ziemię. Na potrzeby wyobraźni została ona zaaranżowana do roli dzikiej prerii, a uschnięta trawa idealnie przypominała te rodem z bezkresów Północnej Ameryki, poza tym, gdy wrzucone do ognia, podtrzymywały go ciepłym i iskrzącym.
- Gdzie zbiegły konie, gdzie czerwonoskórzy bracia, gdzie ja jestem?
Czy to naprawdę musi się kończyć?

Społeczeństwo krótkiej formy. Uproszczone myśli, uczucia, uproszczone i niewystarczające rozwiązania codziennych problemów.
Miała na sobie śliczną, zwiewną sukienkę i ten wyraz twarzy tak daleki od instynktownie wyłapywanej przez człowieka erotyki, przez co jej postać biła czymś więcej od mądrości szeroko pojmowanej - biła mądrością prawdziwą. I nie biła po oczach, nie oślepiała. Było to bicie pogodzone i łagodne, jak serce śpiącego.
- Czym jest twoja tęsknota?
- Nostalgią.
- Masło maślane - jej uśmiech wydaje się być znajomy, mało tego! To nie jest obcy uśmiech obcej osoby, który dopiero daje się odkrywać i poznawać. To uśmiech dobrze znany, tak właśnie uśmiecha się człowiek sam do siebie, gdy znajdzie rozwiązanie. A później wspomnienia rozwiązań w ten sam sposób uśmiechają się do człowieka.
- Nie umiem ci wyjaśnić, za czym dokładnie tęsknię, bo mnie tu wtedy najpewniej nie było. Ty byłaś, ale i tak, wiesz, to będzie co innego.
- Nie no, masz rację, Młody. Ale co, nie pytałam się, za czym tęsknisz, tylko czym jest ta tęsknota. To ważne pytanie, które musisz sobie zadać.
Tęsknota - no właśnie, za czym? I czym ona jest? Nikt mi nie zmarł, za nikim nie tęsknię. Za byłymi przyjaciółmi? Nigdy nimi nie byli, skoro nie ma ich dzisiaj. Za dziewczyną, z którą już nie jestem? A po co, skoro teraz jest szczęśliwa. Mimo to tęsknota jest - niewypowiedziana, o zakresie sięgającym dalekiej przeszłości.
- Sądzę, że to jakieś odrealnione uczucie, że kiedyś było lepiej. To brzmi głupio, wiem, ale... Czy to nie jest tak, że tęskni się do teraźniejszości minionej? Nie chodzi o młodość, a o zmianę jakichś obyczajów...
- Tęskni się, tęskni. Zawsze tak było, "kiedyś było lepiej". Chociaż muszę ci powiedzieć, że różnice między wczoraj a dziś z dnia na dzień potęgują się ilościowo.
- Następni będą mieli o wiele, wiele trudniej...
- Albo o wiele, wiele łatwiej.

Nihilizm już był, dekadentyzm już był. Były skrajności, było centrowanie myślenia, wszystko już było łącznie z niczym. Była też nowość, konieczność osiągnięcia czegoś nowego - może czas spojrzeć za siebie i zobaczyć, że to, o co teraz chodzi, zostało wyrzucone jako za mało wzniosłe i dopiero dziś rzuciłoby się w oczy spojrzeniu przyzwyczajonemu do standardów i pseudologiki.
Ziarno wyrzucone epoki, pokolenia temu znalazło podatny grunt - połączenie przeszłości z teraźniejszością i rozkwitło ponadczasowym kwiatem. Wszyscy tęsknimy za jego zapachem, a najbardziej nas boli, że nie potrafimy go nazwać.
Prędzej czy później kwiat zginie, niedostrzeżony i nieopisany słowami, a wraz z nim zginą uczucia związane z jego ulotną rzeczywistością. Ile jest zgubionych ziaren, ile nici ulotności przeciętych przez nieuwagę. Może dzisiaj komuś też wypada z kieszeni coś niewykorzystanego, aby zostać w miejscu na linii czasu i rozkwitnąć czystą wolnością.
następna część
09:13
- Ludzie wolni, ludzie wolni...
Niebo stawało się coraz jaśniejsze i coraz mniej przydatnym stawało się ognisko. Leżący krzyczał w powietrze coraz słabszym głosem, niemniej jednak z tą samą mocą słów wyrzuconych przed siebie w siną dal nieboskłonu. Pierwsze widoczne chmury słuchały uważnie i wchłaniały sens merytoryczny, by ponieść go z wiatrem i upuścić go z deszczem. Leżący w duchu modlił się, by chmury nie postanowiły udać się w kierunku pustyni.

Czasami wyobrażał sobie, że może zatrzymać wschodzące słońce, uwiecznić noc. Nigdy nie chciał następnego dnia, nie chciał go oglądać ani widzieć, jak oglądają go inni. Mimo to nie można do niego było przykleić określenia okrutnika czy człowieka bez duszy, przeciwnie - chciał dla wszystkich jak najlepiej. Czasami siadał na gałęzi najwyższego drzewa w parku i wpatrywał się w gwiazdy. Razem z nimi gasł jego uśmiech. Gdy z horyzontu zaczynało wyglądać słońce, wykonywał taki ruch, jak gdyby trzymał siatkę na motyle i łapał za jej pomocą wschodzącą ognistą kulę. Drażnił go i smucił fakt następowania dnia po dniu, fakt upływu czasu sygnalizowany przez rzucone na płaszczyznę świata światło. Pierwszy promień oznaczał zawsze śmierć jakiegoś wybitnego pisarza, malarza, albo, co gorsza, śmierć pamięci o jego dziełach. Promienie zawsze oznaczały nadchodzący początek jakiegoś końca. Nie mógł pojąć, jak wszystko może się tak po prostu na świecie kończyć, jak ten cały proceder może być naturalny przy jednoczesnym wiecznym istnieniu takich rzeczy jak to właśnie słońce, czy czas - wiecznej ich obecności w każdym aspekcie życia. Ktoś mu kiedyś powiedział, że nawet słońce kiedyś zgaśnie i wreszcie zniknie to wszystko, łącznie z ludźmi i ich wyssanymi z palca problemami, bowiem nie będzie już na świecie światła i ciepła. Słyszał też jednak o ludziach żyjących w sposób niewymagający ciepła i światła, w krainach skutych lodem i śniegiem, o nocach trwających aż pół roku...

Zewsząd tylko chłód, zimna mgła i śnieg, śnieg niosący pył zgrzytający między zębami, oblepiający ciała.
Wzgórze należące do nas czterech promieniowało równie zimnym co wiatr światłem ogniska, którego nie sposób było ugasić nawet żyjącym ciałem. Ognisko płonęło nieprzerwanie od zawsze, skazując nas na obserwację towarzyszy i wiecznego odczuwania smutku, który, mimo stałej obecności w naszych duszach, nasilał się na wskutek patrzenia sobie nawzajem w oczy i przeradzał się w melancholię, przed którą nie ma już ratunku.
Przeklęte światło powstrzymywało nas również od samotnego bądź zbiorowego skoku w przepaść. Wiedzieliśmy, że przepaść może się wcale nie kończyć, a wizja bycia skazanym na widok oddalającego się szczytu wzgórza wraz z ogniskiem i towarzyszami przejmowała nas lękiem. Straszna również była możliwość, że gdy skoczymy wszyscy, co i tak przecież nie mogło się udać, będziemy spadać na tyle blisko siebie, że nasze spojrzenia będą się spotykać zbyt często. Byliśmy nieśmiertelni - siedzieliśmy więc bezradni, wpatrzeni w epicentrum płomienia, który nie dawał nam nic, a odbierał wszystko. Siedzieliśmy, mając nadzieję, że ktoś z nas przełamie się, oszaleje i wydłubie nam wszystkim oczy.
Nieśmiertelni są skazani na trwanie.

Ostatni widok przed odlotem - uśmiech pachnący ciepłem i upływem czasu, a nie tylko płonącą rośliną - oto pierwsza fala dymu, nim jeszcze uleci w powietrze i zmiesza się ze zgiełkiem świata, całuje płonące drewno czy główkę zapałki na pożegnanie. Dusza minionej sekundy.
Pożary i krzyki mu towarzyszące w świecie ulatujących do nieba dusz są niewidzialne i niesłyszalne. Podczas gdy ludzie krzyczą, ratując swój dobytek i swoje życia, drzewa i krzewy żegnają się ze sobą, trzaskając i zrzucając spalone gałęzie na wszystko, co ucieka, tak bardzo chce zostać tu - na ziemi.

Jej ruchy wskazywały na wewnętrzną harmonię i przeżyte tragedie - bez znamion charakterystycznych dla ludzi, którzy tragediom ulegli, bez tików nerwowych czy zamyśleń przechwytujących świadome spojrzenie. To spojrzenie było zamyślone wiecznie, co dawało wrażenie, że wyłapując je patrzy się na drugi wszechświat drzemiący w swoim własnym mikrokosmosie euforycznych trzepnięć powiekami. Nie był to obraz idealny, ale z pewnością najlepszy w swoim rodzaju - to utwierdzało, że ideały istnieją tylko w wyobraźni, a prawdziwe piękno tkwi w tej chaotycznej mieszance czarnej sukienki, aury mądrości i ruchliwych oczu.
- Czemu tak na mnie spoglądasz?
- Przypominasz mi kogoś. Lub coś. A dlaczego ty tak na mnie spoglądasz?
- Kogoś mi przypominasz.
Umówmy ze sobą wszystkich ludzi na świecie, zbudujmy gigantyczne lustro i spójrzmy wszyscy naraz w swoje odbicia. Kogoś sobie przypomnimy.

dobre
   
słabe
   
6

Najlepszy komentarz:

[Komentarz skasowany]

chmura

dobre
   
słabe
   
0



Losuj następne

Tagi

#własne 

Polub nas!