Ta podstrona zawiera treści tylko dla dorosłych.

Czy jesteś osobą pełnoletnią?

This subpage contains content for adults only.

Are you an adult?

TAK / YES
                        NIE / NO

#Prawo

Narkotyki Powodują Uzależnienie - Nieprawda


Nawet szczury nie chcą kokainy, jak mają dostęp do innych przyjemności.


Mija sto lat, odkąd wprowadzono na świecie pierwsze prawo zabraniające używania narkotyków. Przez całe to długie stulecie wojny z narkotykami nasi nauczyciele i politycy opowiadali nam tę samą historię o tym, skąd bierze się uzależnienie. Słyszeliśmy ją tyle razy. Dziś niemal wszyscy wierzą, że jest prawdziwa. W końcu wydaje się zgodna ze zdrowym rozsądkiem, oczywista. Dopóki nie wyruszyłem w podróż, aby zrozumieć, co naprawdę napędza wojnę z narkotykami i by napisać o tym książkę, ja również wierzyłem w tę historię. Trzy lata później, pokonawszy trzydzieści tysięcy mil drogi, wiem, że niemal cała nasza dotychczasowa wiedza o uzależnieniu jest fałszywa. Dziś dysponujemy nową teorią – musimy tylko chcieć się z nią zapoznać.

Ta nowa teoria, jeśli nas przekona, będzie wymagać głębokich przemian, które nie ograniczają się do wojny z narkotykami. Wymaga, abyśmy zmienili samych siebie.

Zrozumiałem to dzięki wielu niezwykłym ludziom, jakich poznałem w mojej podróży. Od przyjaciół czarnoskórej piosenkarki Billie Holiday, którzy opowiedzieli mi, jak jeden z inicjatorów wojny z narkotykami prześladował ją i przyczynił się do jej śmierci. Od lekarza żydowskiego pochodzenia, ukradkiem wywiezionego w dzieciństwie z budapesztańskiego getta, który wiele lat później zgłębił tajemnice uzależnienia. Od transpłciowego handlarza kokainą z Brooklynu, który przyszedł na świat, bo jego ojciec – nowojorski policjant – zgwałcił jego matkę, narkomankę. Od człowieka, którego brutalna dyktatura dwa lata więziła w całkowitym odosobnieniu, a który został prezydentem Urugwaju i jako pierwszy położył kres wojnie z narkotykami.

Miałem osobiste powody, by szukać odpowiedzi na pytanie o źródła uzależnienia. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam chwilę, kiedy próbowałem obudzić kogoś z mojej najbliższej rodziny – i nie mogłem. To jedno z moich pierwszych wspomnień. Od tamtej pory nurtowała mnie największa tajemnica uzależnienia: dlaczego ludzie zafiksowują się na narkotykach do tego stopnia, że nie mogą z nimi zerwać? Jak pomóc takim osobom wrócić do społeczeństwa? Nieco później inna bliska mi osoba uzależniła się od kokainy, a moim życiowym partnerem został człowiek uzależniony od heroiny. Życie wśród uzależnionych było dla mnie codziennością.

Narkotyki Powodują Uzależnienie - Nieprawda


Szczurzy Raj


Gdyby mnie wtedy ktoś zapytał, co powoduje uzależnienie, popatrzyłbym na niego, jakby był niespełna rozumu, i odpowiedziałbym: „Jak to co? Narkotyki!” Przecież to oczywiste. Nieraz widziałem, jak to się dzieje, a w każdym razie tak mi się wydawało. Doskonale wiemy, jak to działa: wyobraźcie sobie, że dwadzieścia przypadkowych osób będzie przez trzy tygodnie zażywać jakiś silny narkotyk. Narkotyki zawierają chemiczne „haczyki” – substancje, od których się uzależniamy. Więc gdyby po trzech tygodniach wszyscy ci ludzie nagle przestali je zażywać, ich organizmy domagałyby się kolejnej dawki. Odczuwaliby przemożny głód narkotykowy. Byliby uzależnieni. Tak działają narkotyki.

Tyle mówi stara teoria, oparta między innymi na eksperymentach ze szczurami. W latach osiemdziesiątych XX wieku można było je oglądać w reklamach społecznych. Doświadczenie było proste: zamknąć szczura w klatce i dać mu do wyboru dwa poidełka. Jedno zawiera wodę; drugie – wodę z heroiną lub kokainą. Praktycznie za każdym razem szczur wręcz nie może oderwać się od wody z narkotykiem. Pije jej coraz więcej. Pije tak długo, aż umrze.

Głos w reklamie wyjaśniał:

„Tylko jeden narkotyk uzależnia tak silnie, że dziewięć na dziesięć szczurów w laboratorium chce go brać. I brać. I brać. Aż zdechnie. Ten narkotyk to kokaina. Na ciebie podziała tak samo.”

Narkotyki Powodują Uzależnienie - Nieprawda

Dopiero w latach siedemdziesiątych profesor psychologii z Vancouver Bruce Alexander zwrócił uwagę na pewien szczególny aspekt tego doświadczenia. Szczur jest zamknięty w klatce zupełnie sam. Nie ma się czym zająć. Ma tylko narkotyk. Co się stanie, gdy zmienimy mu środowisko? Alexander zbudował „Rat Park” – raj dla szczurów. Była to luksusowa klatka. Oferowała szczurom wszystko, czego trzeba im do szczęścia: kolorowe piłki do zabawy, tunele do biegania, smakowitą karmę – a przede wszystkim towarzystwo. Pytanie brzmiało: czy zmiana środowiska wpłynie na wynik eksperymentu?

Na początku zwierzęta w szczurzym raju piły wodę z obu poidełek, bo nie wiedziały, co zawierają. Ale potem działo się coś zaskakującego.

Szczęśliwe szczury nie chciały pić wody z narkotykiem. Unikały jej. Wypijały mniej niż jedną czwartą tej ilości, którą piły samotne szczury w klatkach. Ani jeden nie zdechł. Szczury samotne i nieszczęśliwe szybko popadały w głębokie uzależnienie. Szczęśliwym nie zdarzyło się to ani razu.

No dobrze – myślałem – ale może ta prawidłowość dotyczy tylko szczurów? Nie prowadzi się przecież takich eksperymentów na ludziach. A jednak w tym samym czasie, gdy Alexander obserwował „szczurzy raj”, trwał ludzki odpowiednik jego doświadczenia: wojna w Wietnamie. Tygodnik Time donosił, że wśród żołnierzy zażywanie heroiny było „równie powszechne jak żucie gumy”. Są na to twarde dowody. Badania opublikowane w piśmie Archives of General Psychiatry mówią, że około 20% amerykańskich żołnierzy w Wietnamie uzależniło się od heroiny. Łatwo zrozumieć niepokój, z jakim przyjęto wówczas te doniesienia: wraz z końcem wojny miała wrócić do kraju olbrzymia liczba narkomanów.

Tymczasem – według tego samego badania – po powrocie do domu niemal 95% uzależnionych żołnierzy po prostu odstawiło narkotyki. Na odwyk trafiali nieliczni. Kiedy z wojny, z tej potwornej klatki bez wyjścia, wrócili do przyjaznego środowiska, narkotyk nie był im już potrzebny.

Profesor Alexander sądzi, że to odkrycie podważa zarówno prawicowy pogląd, jakoby uzależnienie od narkotyków było moralnym upadkiem, konsekwencją hedonizmu i łatwego dostępu do używek, jak i pogląd liberalny, zgodnie z którym uzależnienie to choroba wywoływana przez oddziaływanie pewnych związków chemicznych na mózg. Uzależnienie, twierdzi Alexander, jest przystosowaniem do środowiska. To nie człowiek jest winny. Winna jest jego klatka.

Profesor Alexander kontynuował badania nad szczurzym rajem. Powtórzył pierwotny eksperyment, w którym izolowane w klatkach szczury szybko popadały w nałóg. Przetrzymywał je w tych warunkach przez 57 dni – wystarczająco długo, by zdążyły się uzależnić. Następnie przenosił szczury z izolatek do „raju”. Chciał sprawdzić, czy uzależnienie przejmuje kontrolę nad mózgiem zwierzęcia w takim stopniu, że nie może ono normalnie funkcjonować. Czy narkotyk rzeczywiście czyni nas bezwolnymi? I znów wynik był niespodziewany. Przez krótki czas szczury wykazywały objawy odstawienne, ale szybko przestawały potrzebować narkotyku i wracały do zdrowia. W przyjaznym środowisku dochodziły do siebie. (Pełną dokumentację tych eksperymentów znajdziecie w mojej książce).

Narkotyki Powodują Uzależnienie - Nieprawda


Heroina w szpitalu


Z początku nie rozumiałem, jak to możliwe. Ta nowa teoria przeczyła całej dotychczasowej wiedzy o uzależnieniu. Zdawała się niewiarygodna. Ale im dłużej rozmawiałem z naukowcami i im więcej czytałem o wynikach ich badań, tym więcej poznawałem faktów, których nie da się pogodzić z tradycyjnym rozumieniem uzależnienia.

Oto tylko jeden przykład typowej sytuacji, jaka może stać się udziałem każdego z nas. Jeśli wpadniesz dziś pod samochód i trafisz do szpitala ze złamaniem biodra, lekarz prawdopodobnie poda ci środek przeciwbólowy o nazwie diacetylomorfina. To medyczna nazwa heroiny. Nie będzie w tym nic dziwnego – wielu pacjentom podaje się heroinę przez dłuższy czas dla uśmierzenia bólu. To heroina bez żadnych domieszek, znacznie silniejsza i czystsza od tej, jaką można kupić u ulicznego dealera. Więc jeśli tradycyjna teoria o mechanizmach uzależnienia jest prawdziwa – jeśli przyczyną uzależnienia są narkotyki, bez których nasz organizm po pewnym czasie nie może się obejść – łatwo przewidzieć, co stanie się z pacjentami. Powinni wychodzić ze szpitala w stanie głębokiego uzależnienia. Powinni odczuwać głód narkotykowy.

Dziwna rzecz: tak się niemal nigdy nie zdarza. Nawet po kilku miesiącach przyjmowania środka przeciwbólowego pacjenci odstawiają go z dnia na dzień. Ten sam narkotyk, który u „ludzi z ulicy” wywołuje skrajne uzależnienie, wydaje się obojętny dla szpitalnych pacjentów.

Nie sposób pogodzić tej obserwacji z dotychczas obowiązującą teorią, jakoby to owe szczególne chemiczne „haczyki” wywoływały uzależnienie. Wyjaśnia to natomiast teoria Bruce’a Alexandra. Człowiek uzależniony jest jak szczur w pierwszej klatce: wyobcowany, samotny, zdany tylko na siebie. Poza narkotykiem nie ma nic, co przyniosłoby mu ulgę. Pacjent w szpitalu jest natomiast jak szczur z klatki drugiego rodzaju. Wraca do domu, do otoczenia kochających ludzi, w którym czuje się dobrze. Ten sam narkotyk, inne środowisko.

Narkotyki Powodują Uzależnienie - Nieprawda


Więzi zamiast uzależnienia


Wiedza, jaką dysponujemy dzięki tym eksperymentom, ma daleko idące konsekwencje. Nie chodzi tylko o to, by lepiej zrozumieć mechanizm uzależnienia. Zdaniem profesora Petera Cohena, jako ludzie mamy głęboką potrzebę bliskości i budowania więzi. To daje nam szczęście. Ktoś, kto nie może takich więzi stworzyć, przywiązuje się do tego, co napotka: do furkotu ruletki albo do ukłucia igły. Według Cohena nie należy w ogóle mówić o uzależnieniu, ale o „tworzeniu więzi”. Uzależnienie to wytworzenie z narkotykiem takiej więzi, jakiej nie udało się stworzyć z innym człowiekiem.

Przeciwieństwem uzależnienia nie jest więc abstynencja. Przeciwieństwem uzależnienia jest więź z innymi ludźmi.

Wiedząc już to wszystko, nadal nie mogłem wyzbyć się wątpliwości. Czy zawarte w narkotykach substancje chemiczne naprawdę nie mają znaczenia? Tłumaczono mi, że można przecież uzależnić się od hazardu, a to nie wymaga wstrzykiwania sobie czegokolwiek. Uzależnienie jest możliwe bez chemicznych „haczyków”. W Las Vegas miałem możność obserwować spotkanie grupy wsparcia Anonimowych Hazardzistów. Było oczywiste, że są tak samo uzależnieni od hazardu jak moi bliscy, których znam całe życie, są uzależnieni od narkotyków.

Czy to oznacza, że chemia nie odgrywa żadnej roli w uzależnieniu? Okazuje się, że drogą eksperymentów uzyskaliśmy precyzyjną odpowiedź na to pytanie. Pisze o tym Richard DeGrandpre w książce „The Cult of Pharmacology”.

Wszyscy są zgodni, że jednym z najtrudniejszych do pokonania nałogów jest uzależnienie od papierosów. Chemicznym „haczykiem” w tytoniu jest nikotyna. Wynalezienie plastrów nikotynowych na początku lat dziewięćdziesiątych przyjęto z wielką nadzieją: wydawało się, że palacze będą mogli przyjmować niezbędną im nikotynę bez wielu toksycznych i chorobotwórczych substancji, jakie do ich płuc wprowadza dym papierosowy. Uwolnią się od nałogu.

Jednak kiedy Ministerstwo Zdrowia zleciło badania, okazało się, że plastry nikotynowe wyzwoliły od nałogu zaledwie 17,7% palaczy. To nie jest nic. 17,7% uzależnionych to nadal miliony ludzi, którym papierosy rujnują życie. Ale dzięki temu badaniu dowiedzieliśmy się, że chemiczne „haczyki” same w sobie są przyczyną stosunkowo niewielu uzależnień.

Ma to olbrzymie znaczenie dla stuletniej już wojny z narkotykami, która pochłonęła mnóstwo ofiar śmiertelnych od Meksyku po Liverpool. Uzasadnia się ją tak: istnieją pewne substancje chemiczne, które sprawiają, że człowiek przestaje panować nad swoim zachowaniem. Dlatego takie substancje trzeba fizycznie wyeliminować z obiegu. Ale jeśli to nie związki chemiczne powodują uzależnienie, jeśli prawdziwą przyczyną uzależnienia jest brak poczucia bliskości innych ludzi – wówczas wojna z narkotykami nie ma najmniejszego sensu.

Narkotyki Powodują Uzależnienie - Nieprawda


Rozwiązanie portugalskie


W rzeczywistości wojna z narkotykami wręcz wpycha ludzi w uzależnienie. Odwiedziłem więzienie w Arizonie, w którym karą za zażywanie narkotyków jest zamknięcie na długie tygodnie i miesiące w maleńkiej izolatce wydrążonej w skale. Trudno byłoby stworzyć ludziom środowisko bliższe owym klatkom, w jakich szczury zdychały z przedawkowania. A kiedy więzień wychodzi na wolność, ma na koncie wyrok i poważne problemy ze znalezieniem pracy, co tym dotkliwiej odcina go od społeczeństwa. Obserwowałem ten proces na całym świecie i widziałem ludzi, którzy padli jego ofiarami.

Istnieją dziś inne rozwiązania. Można stworzyć system pomyślany tak, aby pomagał uzależnionym odbudować więź z otoczeniem, a dzięki temu pozbyć się nałogu.

To nie są teoretyczne rozważania. To dzieje się już dziś, widziałem to na własne oczy. Jeszcze piętnaście lat temu największych w Europie problemów z narkomanią doświadczała Portugalia. Jedna osoba na sto była tam uzależniona od heroiny. Klasyczna wojna z narkotykami nie przynosiła rezultatów, problem narastał z roku na rok. W końcu Portugalczycy zaczęli szukać innych rozwiązań. Zdekryminalizowali wszystkie narkotyki. Pieniądze zaoszczędzone dzięki temu, że nie musieli już nikogo ścigać i wtrącać do więzienia za posiadanie narkotyków, przeznaczyli w całości na terapię, która pomaga uzależnionym dojść do ładu z własnymi emocjami i odbudować relacje społeczne. Decydującym krokiem na tej drodze jest zapewnienie im bezpiecznego mieszkania i miejsca pracy, do którego dopłaca państwo. Dzięki temu odzyskują chęć życia i poczucie celu. Widziałem komfortowe, przyjazne kliniki, w których ludzie z poważnymi urazami psychicznymi, zagłuszanymi przez lata narkotykami, odkrywają swoje emocje na nowo i uczą się je przeżywać.

Obserwowałem, jak radzi sobie grupa uzależnionych, którym przyznano pożyczkę na założenie firmy przeprowadzkowej. Niemal z dnia na dzień wytworzyli wspólnotę, Odzyskali więź ze sobą i ze społeczeństwem. Zaczęli się sobą wzajemnie opiekować.

Dziś można już ocenić rezultaty tej polityki. Niezależne badanie przeprowadzone przez British Journal of Criminology wykazało, że od początku pełnej dekryminalizacji narkotyków odsetek uzależnionych znacznie spadł, a liczba osób przyjmujących narkotyki dożylnie spadła aż o 50%. Powtórzę: zmalała o połowę! Dekryminalizacja okazała się tak wielkim sukcesem, że dziś mało kto w Portugalii pragnie powrotu do dawnego systemu. W 2000 r. najbardziej zaciętym wrogiem dekryminalizacji był Joao Figueira, ówczesny szef wydziału do walki z narkotykami w portugalskiej policji. Publicznie przeciwstawiał się dekryminalizacji narkotyków i przewidywał, że liberalizacja prawa przyniesie opłakane skutki. Ale kiedy rozmawiałem z nim niedawno w Lizbonie, przyznał, że nie sprawdziła się ani jedna z jego pesymistycznych prognoz. Dziś ma nadzieję, że za portugalskim przykładem pójdzie cały świat.

Narkotyki Powodują Uzależnienie - Nieprawda


Nie narkotyki tylko samotność


To nie jest jedynie kwestia pomocy uzależnionym. To dotyczy nas wszystkich i zmusza, byśmy spojrzeli na siebie inaczej niż dotąd. Ludzie są istotami społecznymi. Potrzebujemy bliskości i miłości innych. Tymczasem wytworzyliśmy takie środowisko i taką kulturę, która albo wprost niszczy więzi społeczne, albo oferuje jedynie ich parodię w Internecie. Rosnące masy uzależnionych to objaw głębszej dolegliwości, jaka trapi całe społeczeństwa. Coraz częściej zwracamy wzrok ku nowym, lśniącym gadżetom zamiast ku ludziom w najbliższym otoczeniu.

Brytyjski pisarz George Monbiot nazwał nasze czasy „wiekiem samotności”. Stworzyliśmy społeczeństwo, w którym odcięcie się od wszelkich kontaktów towarzyskich jest o wiele łatwiejsze niż kiedykolwiek przedtem. Bruce Alexander, twórca „szczurzego raju”, uważa, że dziś nie można mówić już tylko o leczeniu uzależnionych jednostek. Trzeba zacząć mówić o tym, jak wspólnym wysiłkiem wyleczyć całe społeczeństwo z epidemii samotności, która otacza nas gęstniejącą mgłą.

To, co dziś wiemy o uzależnieniu, wymaga nie tylko reform politycznych, nie tylko innego sposobu myślenia, ale przede wszystkim wymaga od nas zmiany nastawienia.

Niezwykle trudno jest kochać kogoś uzależnionego. Wiem z doświadczenia, jak łatwo ulec pokusie tak zwanej „twardej miłości”, jaką propagują programy telewizyjne w rodzaju „Interwencji”: dać uzależnionemu do zrozumienia, że ma wziąć się w garść, albo zerwiemy z nim kontakt. Takie programy przekonują widzów, że jeśli osoba uzależniona nie umie wyzbyć się nałogu, powinni ją odtrącić. To logika wojny z narkotykami przeszczepiona do sfery prywatnej. Ale ludzie traktowani w ten sposób jeszcze bardziej pogrążają się w uzależnieniu. Możemy ich stracić na zawsze. Wróciłem z podróży z głębokim postanowieniem, że już nigdy nie będę odgradzać się od uzależnionych, bliskich mi ludzi. Muszą wiedzieć, że ich kocham bezwarunkowo, bez względu na to, czy wyjdą z nałogu.

W domu zobaczyłem byłego partnera, który trząsł się na gościnnym łóżku w narkotycznym głodzie. Od stu lat toczymy wojnę z uzależnionymi ludźmi. Kiedy ocierałem mu pot z czoła, pomyślałem, że powinniśmy byli wyznawać im miłość.

Johann Hari jest autorem książki Chasing the Scream: The First and Last Days of the War on Drugs wydanej dotychczas w języku angielskim, hiszpańskim, szwedzkim, niemieckim i francuskim.

Tekst ukazał się na portalu The Huffington Post. Tytuły i śródtytuły pochodzą od redakcji. Tłum. Marek Jedliński.


Źródło: http://narkopolityka.pl/zdrowie/terapia/narkotyki-powoduja-uzaleznienie-nieprawda
Autor: Johann Hari
Tagi: #narkotyki #kokaina #C17H21NO4 #heroina #C21H23NO5 #papierosy #C10H14N2 #społeczeństwo #prawo #uzależnienie

   
   
4

Najlepszy komentarz:

MowcaUmarlych 2 dni temu, 28 kwietnia 20:53
2  4

#livinproof
jebać żydokomunę
ojtam to pała

Czy ślubowanie można o kant dupy potłuc?

Na wierność Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a potem Rzeczypospolitej Polski, ślubowałem ponad 30 razy, w połowie na jedną i drugą Rzplitą. Ślubowało się w różnych okolicznościach. Najbardziej śmieszne ślubowania w moim życiu odbywały się jednak potajemnie, bez wiedzy rodziców, i oparte były na braterstwie krwi, oraz scenariuszu zaczerpniętym z książek Karola Maya (Winnetou i Old Shatterhand – kto czytał ten wie). Nie mniej śmieszne były takie ślubowania jak rozpoczęcie nauki w szkole podstawowej, czy przystąpienie do ZHP. Na szczęście te cyrki ominęły mnie, bo przezornie wyprosiłem u rodziców zgodę na pozostanie w tym czasie w domu

Gdy z maturą w kieszeni wkroczyłem w wiek dojrzałości, choć może jeszcze nie dorosłości, bo miałem wtedy zaledwie 17 lat, ślubowania już były o wiele bardziej poważne. Ślubowałem więc gdy: a/ rozpoczynałem (indeks x3), lub kończyłem naukę (dyplom x7) w różnych placówkach oświatowych, polskich i zagranicznych, b/ obejmowałem funkcje społeczne z wyboru (ławnik, inspektor, prezes), c/ byłem powoływany na ważne nomenklaturowe stanowiska w gospodarce narodowej, d/ na podstawie mianowania podejmowałem obowiązki funkcjonariusza państwowego, itd., itp., … Wtedy ślubowania składało się publicznie, a odbierał je upoważniony przedstawiciel państwa polskiego.

Miałem szczęście i zaszczyt składać ślubowanie w obecności dwóch byłych prezydentów Polski, tj. w 1981 r. podczas zakończenia Studium Wojskowego na uczelni wyższej (odebrał gen. Jaruzelski), oraz w 1993 r., gdy – jako nieświadomy „znajomy króliczka” – stałem się jednym z ekspertów resortowych, tutaj odbiorcą mojej przysięgi L. Wałęsa. Niektóre ślubowania odbierałem „z szuflady” urzędników niższego stopnia, z reguły były to ślubowania składane w związku z okresowym powoływaniem na członka różnych komisji państwowych, czy instancji odwoławczych. I te ślubowania podobały mi się najbardziej, Na podsuniętej liście odszukiwałem swoje nazwisko i … składałem obok parafę. Dlaczego o tym piszę?

Otóż moje ślubowania, nawet te na „wierność krwi”, składane w dzieciństwie zawsze zobowiązywały do czegoś. Teraz patrzę i słucham ze zdziwieniem jak najwyżsi funkcjonariusze państwa bez mrugnięcia okiem składają przysięgę na wierność Konstytucji RP, Narodu, oraz Suwerenności i Interesów Państwa, a potem ośmieszają i demontują instytucje, którym wierność przysięgali – schizofrenia to, czy paranoja? Czy może świadomość totalnej bezkarności, bo przecież za złamanie przysięgi grozi tylko odpowiedzialność „przed Bogiem i historią”, a wiadomo jaki Bóg taka i historia, i na reakcję UE, albo i NATO raczej nie można liczyć, bo nikt nie dokona agresji na Polskę, aby aresztować jej obecnych przywódców.

Czy ślubowanie można o kant dupy potłuc?

Można także zrozumieć rządzących i opozycję, którzy świadomie bądź nieświadomie dążą do konfrontacji zbrojnej na ulicach, bo jedni liczą na zaprowadzenie porządku w stylu „stalinowskim”, inni łudzą się, że Zachód wreszcie zainterweniuje. I jest w tym jakiś sens, bo gdyby udało się wywołać zamieszki uliczne, postawić „Ciamajdan”, i spowodować minimum kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych, to może wreszcie świat by się dowiedział jakiem marzenia wyśniły się starszemu panu, szeregowemu posłowi. Być może dlatego wysocy funkcjonariusze PiS zachęcają do wyjścia na ulice wojsko i inne paramilitarne grupy społeczne.

Nie jest to jednak rozwiązanie optymalne. Już ponad rok temu sugerowałem, aby opozycja skonstruowała i złożyła wnioski o postawienie przed Trybunałem Stanu Prezydenta, i Premiera Polski, oraz Marszałka Sejmu za łamanie konstytucji. Wiadomo co rządzący by zrobili z takimi wnioskami, ale wtedy sytuacja protestujących przed sejmem byłaby o wiele bardziej prosta i uzasadniona. O ile można się zgodzić, z tym, że Trybunał Stanu dla pisdowatych rządzących byłby nierealny w kraju, to już zupełnie niezrozumiałym (dla inteligentnych normalnie) jest pobłażanie w kwestii wprowadzania tzw. „dyscypliny partyjnej” wśród posłów.

Nagminne łamanie przyrzeczenia składanego przez posłów daje już możliwość interwencji organów dochodzeniowo śledczych. No bo przecież posłowie przysięgają jak niżej:

Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej.

a potem wykonują to co im nakazuje jakiś szeregowy poseł. Także prezesów partii politycznych powinno się ścigać za łamanie prawa do niezależnego głosowania. Ale jak to robić skoro przykład idzie z góry?

Czy ślubowanie można o kant dupy potłuc?

Zgodnie z art. 130. Treść przysięgi przy objęciu urzędu Prezydenta
Dz.U.1997.78.483 – Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi:

Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem”. Przysięga może być złożona z dodaniem zdania „Tak mi dopomóż Bóg”.

Podobną w zasadniczej treści przysięgę składa premier rządu polskiego:

Obejmując urząd Prezesa Rady Ministrów uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom konstytucji i innym prawom Rzeczpospolitej Polskiej a dobro obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem. Tak mi dopomóż Bóg”.

Nie ma więc, i nie powinno być żadnych wątpliwości co do tego, czy prezydent nie przyjmując ślubowania, a premier nie publikując orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego złamali konstytucję.

Bądźmy jednak sprawiedliwi. Prezydent Wałęsa, chociaż Matkę Boską miał w klapie to Boga i Historię miał raczej w innym miejscu, bo już w pierwszych tygodniach urzędowania, niezgodnie z prawem odwołał ze stanowiska prezesa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Marka Markiewicza. Potem już była tylko ciągła „falandyzacja prawa”, czyli łamanie konstytucji (obiadek Drawski) i obowiązującego prawa. Nie gorszy był także Prezydent L. Kaczyński, który wbrew oficjalnemu stanowisku rządu polskiego, „poleciał” na wojnę z Rosją, lądując w Tbilisi podczas działań wojennych. O premierach, ministrach i wszystkich posiadaczach „rządowych e-Rek”, nagminnie naruszających prawo i łamiących konstytucję nie ma co wspominać, bo to zwykła hucpa styropianowych politykierów i ojszczypłotów.

Czy zatem, my wyborcy, zdajemy sobie w pełni sprawę z tego co tak właściwie, i kogo, zdradzają nasi wybrańcy narodu? Nie jest to przecież „kanapkowy pucz” widziany oczyma szeregowego posła, to faktyczna i rzeczywista zdrada stanu, i zrealizowany zamach na konstytucję. A zdrada lub zamach stanu z reguły kojarzy się z najcięższą karą, bo karą śmierci, obecnie jest to tylko upomnienie, albo niepochlebne artykuły, dlatego w TV widzimy uśmiechnięte buźki mafii spod znaku „Dobrej zmiany”. Ale ten się śmieje, kto śmieje się ostatni. ;) :-D Szkoda tylko, że prezes TK w podobny sposób nie potraktował przyrzeczenia jakiego nie mogli złożyć trzej sędziowie PO. Ale są ludzie i ludziska.


Źródło: http://anzai.blog.onet.pl/2016/12/30/czy-slubowanie-mozna-o-kant-dupy-potluc/
Tagi: #Konstytucja #Prawo

   
   
2

Najlepszy komentarz:

olusek666 2 godziny temu
0  0

"Naród wspaniały tylko politycy kurwy"

Dobrowolnie poddałeś się karze? To jeszcze nie koniec świata. Przeczytaj opowieść, jak zatrzymanie z niewielką ilością zakończyło się odstąpieniem od wymierzenia kary i niewielką grzywną. Relacja z pierwszej ręki, zabawna historia z happy endem.

Moje spotkanie z organami polskiego wymiaru sprawiedliwości miało miejsce w lutym 2006 roku. Sprawa zakończyła się po piętnastu miesiacach w sądzie apelacyjnym. W sierpniu 2010 odebrałem z Krajowego Rejestru Karnego zaświadczenie z elegancką niebieską pieczątką „NIE FIGURUJE”. Ale zacznijmy od początku.

Policja zatrzymała nas w nocy, w centrum miasta. W kilka osób paliliśmy skręta przy jednym z klubów. Nagle podeszło do nas dwóch funkcjonariuszy w cywilu, jeden z bronią w ręku. Koleżanka trzymała skręta, ja miałem przy sobie worek z 0,69 grama marihuany oraz czterema tabletkami ecstazy (w sumie 0,7 grama). Pakiet upuściłem na ziemię, ale znalazł go jeden z policjantów. Nikt nie chciał się przyznać, więc przewieziono nas wszystkich na komisariat. Tam po kolei brano nas do celi, przeszukiwano i pytano, czyj to worek. Straszono nas wielogodzinnym zatrzymaniem, aż do zdjęcia odcisków palców z folii. W związku z tym, żeby, jak mi się wtedy wydawało, nie przedłużać całej sprawy, przyznałem się, że worek jest mój.

Na komisariacie zostałem z koleżanką, przy której znaleziono wspomnianego skręta. Reszta została zwolniona. Po kilku godzinach przewieziono nas do Policyjnych Izb Zatrzymań, gdzie w skandalicznych warunkach spędziliśmy noc. Rano przewieziono mnie z powrotem na ten sam komisariat, gdzie trafiłem po zatrzymaniu. Ok. godz. 11 rano rozpoczęło się przesłuchanie.

Po złożeniu wyjaśnień bardzo miłej, ale chyba troche sfrustrowanej pani policjantce („Za to powinien być mandat, marnujemy tu czas!”, „Palcie sobie gdzieś w parkach, nie w centrum!”, „Od kogo to miałeś, od nieznajomego mężczyzny?”), dostałem propozycję od prokuratury: dobrowolne poddanie się karze z wyrokiem pięciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Przystałem na tą propozycję. Zrobiono mi jeszcze zdjęcia i zdjęto odciski palców. Ok. godz. 13 byłem w domu. Mieszkanie nie zostało przeszukane przez policję.

Kierując się poradami dobrych ludzi zacząłem kombinować, jak pomimo dobrowolnego poddania sie karze nie doprowadzić do skazania na pozbawienie wolności. Postanowiłem grać osobę uzależnioną od narkotyków, licząc na zawieszenie podstępowania na etapie przedsądowym (na podstawie art. 72). Do tego potrzebne było mi jednak zaświadczenie z ośrodka leczącego osoby uzależnione. Równocześnie zacząłem zbierać pozytywne opinie na swój temat i wysyłać je do prokuratury. Po owe opinie zgłosiłem się do prodziekana mojej uczelni, który na prędce przygotował pismo, że przeprowadził ze mną dwie rozmowy na wiadomy temat, wyraził pozytywną opinię, podbił pieczątki i podpisał się. Dokument ten, opatrzony numerem akt, po który zgłosiłem się na komisariat, poszło do prokuratury.

Po drugą opinię zgłosiłem się do mojego dzielnicowego, którego nawiasem mówiąc widziałem pierwszy raz w życiu. Po opowiedzeniu swojej historii dzielnicowy ciężko westchnął i napisał pismo zaświadczające, że do tej pory nie miał ze mną żadnych problemów. Dokument poszedł do prokuratury. Nie jestem wierzący, więc opinia od proboszcza nie wchodziła w grę, ale również mogłaby być przydatna, generalnie im więcej takich papierków – tym lepiej.

Następnie zacząłem odwiedzać różne ośrodki zajmujące się leczeniem osób uzależnionych, starając zapisać się na terapię. To wcale nie takie proste, udawać uzależnionego od trawki, terapeuci po prostu nie za bardzo w to wierzą. W niektórych ośrodkach z chęcią przyjętoby mnie pod warunkiem, że zapłacę 6 tys. złotych za pół roku terapii. W innych odsyłano mnie z kwitkiem niedowierzając mojemu uzależnieniu. Jednak każda wizyta uczyła mnie, co należy terapeutom mówić, a czego absolutnie nie wolno.

W czwartym ośrodku (państwowym) założono mi w końcu kartotekę pacjenta i zapisano na „terapię indywidualną” - godzinne spotkania z psychologiem raz w tygodniu. Zanim psycholog wystawił zaświadczenie potwierdzające mój udział w terapii, musiał zrobić badania na obecność narkotyków - dokument dla prokuratury zgodził się wystawić tylko, jeśli będę „czysty”. Przez dobre dziesięć dni nie paliłem, po czym w ośrodku zrobiono mi test (musiałem go kupić w aptece) i po stwierdzeniu negatywnego wyniku dostałem upragniony dokument. Na terapię poszedłem jeszcze kilka razy, po czym uzałem się za wyleczonego, a pismo wysłałem do prokuratury.

W międzyczasie moje mieszkanie odwiedziła pani kurator. Oceniła warunki i porozmawiała z rodzicami, z którymi wtedy mieszkałem. Nie mam pojęcia, co napsiała w opinii dla sądu, ale nie pochodzę z patologicznej rodziny, więc przypuszczam, że opinia była pozytywna.

W odpowiedzi na zaświadczenie o podjęciu terapii prokuratura postanowiła przebadać mnie przez biegłych psychiatrów. Stawiłem się na komisariacie, gdzie dwie panie przeprowadziły badanie psychiatryczne polegające na rozmowie. Do tego również byłem przygotowany. Opcje były dwie: zakończyć farsę i być sobą, albo udawać wariata (założyć koszulę z oberwanym kołnierzykiem, nie mieć zainteresowań ani dziewczyny, nerwowo rozglądać się po pokoju, spoglądać pod stół w poszukiwaniu podsłuchu itp.). Cała sprawa już „lekko” działała mi na nerwy, więc postanowiłem być sobą. Specjalistki psychiatrii z uśmiechem stwierdziły, że wszyscy marnujemy tu czas i wystawiły opinię dla prokuratury, w której napsiały, że jestem jak najbardziej poczytalny. Ich opinia, jak się później okazało, nie miała większego znaczenia. Terapia i badanie miały jednak jeden olbrzymi plus - jako osoba lecząca nałóg i badana psychiatrycznie, dostałem obrońcę z urzędu! Nie widziałem go aż do dnia pierwszej rozprawy.

W końcu przyszło wezwanie do sądu, a właściwie przywieziono mi je do domu radiowozem, wzbudzając duże zainteresowanie sąsiadów. Przed rozprawą poznałem mojego adwokata, z którym ustaliliśmy na szybko, że przyzam się do winy, a on zajmie się resztą. Przedstawiciel prokuratury wnioskował o karę pozbawienia wolności. Adwokat odpowiedział (sprawa toczyła się za rzadów PiS, gdy prokuratorem generalnym była wyjątkowa kanalia, która najchętniej widziałaby wszystkich w więzieniu), że jeszcze do niedawna taka sprawa zakończyłaby się umorzeniem, a spotkaliśmy się tu tylko dlatego, że prokuratura jest naciskana przez przełożonych o jak największą ilość skazań. Sędzia zapytała, co mam do powiedzenia. Powiedziałem, że bardzo mi przykro i zapewniłem, że w przyszłości nic takiego się nie powtórzy. Sąd zasądził odstąpienie od wymierzenia kary z dwuletniem okresem próby oraz 300 zł na jeden ze szpitali. Przy okazji adwokat z urzędu otrzymał wynagrodzenie od skarbu państwa wysokośi prawie 900 zł. Dobra fucha. Tak czy siak - pierwsze zwycięstwo. Jednak nie był to jeszcze koniec całej sparwy.

Prokuratura złożyła bowiem apelację do sądu wyższej instancji. Tam odbyły się dwie rozprawy. Podczas pierwszej ani ja, ani adwokat nie zdażyliśmy zabrać głosu, bo wcześniej sędzia zrugał prokuratora za niedostarczenie wszystkich dokumentów (chodziło o opinię od kuratora, która z jakiegoś powodu wyparowała z akt). Sprawa została odroczona. Za drugim razem rozprawa została przeprowadzona w przerwie innej rozprawy, a całość trwała krócej niż minutę. Prokuratura wycofała się z wniosku o karę pozbawienia wolności. Podtrzymano tym samym wyrok pierwszej instancji – zwycięstwo drugie i ostatnie.

Podczas okresu próby miałem meldować się kuratorowi co pół roku. Byłem tam tylko raz, porozmawiałem z panią kurator o sprawach nieistotnych i więcej wezwanie na spotkanie z kuratorem nie przyszło. Pieniądze na szpital wpłaciłem, gubiąc przy okazji pocztowe potwierdzenie wpłaty, które na szczęście okazało się do niczego nie potrzebne. Co ciekawe, na pisma wysyłane do prokuratury ani razu nie otrzymałem odpowiedzi. Podobnie nie otrzymałem wyroku z sądu. Wezwanie na badanie psychiatryczne przyszło z komisariatu, w którym byłem przesłuchiwany, a prokuratura przez cały czas milczała, pomimo wysyłania pism o zawieszenie podstępowania w związku z podjęciem leczenia. Wygląda na to, że pomimo ustawy nakazującej odpowiadanie obywatelowi na pisma, prokuratura jest z tego nakazu zwolniona.

Podsumowując. W moją sprawę dotyczacą 0,7 grama trawki i 0,7 grama amfetaminy (tak zostały zakwalifikowane pigułki) zaangażowani byli:

  • sztab policjantów (zatrzymanie, transport między komisariatami, przeszukania, zdjęcia, odciski, przesłuchania, dzielnicowy),
  • biegli psychiatrzy (sztuk dwie),
  • prokuratura (ci przynajmniej zaoszczędzili na odpowiadaniu na pisma),
  • prodziekan z uczelni,
  • terapeuci z ośrodków (cztery ośrodki, w jednym kilkanaście godzin terapii),
  • biegły badający, czy trawka jest trawką, a pigułki pigułkami,
  • adwokat z urzędu (trzy rozprawy),
  • sędziowie oraz protokolanci z dwóch sądów (trzy rozprawy),
  • kurator (jej wycieczka do mnie, moja do niej),
    i Bóg wie, kto jeszcze.

Za worek ze dragami zapłaciłem 25 zł. Nie mam pojęcia, jaki był koszt całej sprawy, zostawiam to do oceny czytelnikowi.

Epilog

Wkrótce po ostatniej rozprawie wyjechałem do Wielkiej Brytanii. W 2009 roku odwiedził mnie kumpel z Francji. Pojechaliśmy do jednego z londyńsich parków zapalić jointa. Chwilę po odpaleniu podjechał do nas radiowóz, z którego wysiadło dwóch miłych funkcjonariuszy Metropolitan Police:

- Cześć chłopaki, co tam palicie?

- Trawkę!

- A macie więcej?

- Mamy!

- Możemy prosić?

- Prosimy bardzo!

Rozmowa trwała z 10 minut. Musieliśmy oddać worek (z półtora grama), podać dane (wzięte z kapelusza, w UK nie ma dowodów osobistych, ale nie zmyślaliśmy), oraz wypełnić krótką ankietę. Policjanci byli szerzy do bólu, mówili, że ankieta jest głupia, ale muszą nam te pytania zadać. Równocześnie kilka razy powtarzali, że muszą dać nam „cannabis warning”, ale żebyśmy się nie martwili, że nie jest to „criminal record”. W ankiecie pytania były następujące „Co to było? Czyje to było? Ile kosztowało? Skąd się wzięło?”. Odpowiedzi: „Trawka, moja, 10 funtów, od nieznajomego na ulicy”. Zostaliśmy pouczeni, że jak nas złapią drugi raz, to zapłacimy mandat wysokości 80 funtów. Życzyli miłego dnia i odjechali.

W połowie 2010 roku potrzebowalem w UK żaświadczenie o niekaralności, chodziło o przyjęcie do pracy. Na domiar złego, chodziło o tzw. „Enchanced Criminal Record Check”, czyli zaświadczenie, do którego sprawdzane są wszystkie możliwe bazy danych. Po zaświadczenie z Polski poleciałem do kraju i dostałem je na miejscu w biurze Krajowego Rejestru Karnego. Angielskie przyszło pocztą ze wszystkimi rubrykami wypełnionymi słowami: „Not Recorded”.


Źródło: http://hyperreal.info/walcz-do-ko%C5%84ca-si%C4%99-naprawd%C4%99-op%C5%82aca
#Prawo #Problemy #Przypał #trawa

   
   
1

Najlepszy komentarz:

lilakasia 02 marca 2015 12:57
0  0

No tak nie dziwota że Polska taka biedna :)a wystarczyło żeby zabrali worek i dziękuję do widzenia :)




Tagi

#ubogihumor 


Obserwujących: 0