dobre
   
słabe
   
2

Najlepszy komentarz:

Ruka wczoraj o 19:56
0  1

Jaki to obiektyw i aparat trzeba mieć?
O mam. Dla ciekawskich:


  • Canon 70D DSLR (£539.00 - samo body)
  • Canon EF 400mm f/2.8 II IS (£9,499.00)
  • Canon Extender 2X III (£389.00)

dobre
   
słabe
   
0

Zespół sawanta - tajemnica prawej półkuli
Sawanci byli wśród nas od zawsze - inni, mniej rozmowni, zamknięci w sobie. Jednocześnie każdy z nich skrywał unikatowy talent, który często nie zostawał w porę dostrzeżony. Zazwyczaj uważano ich za dziwaków, czasami – jak w przypadku Kaspara Hausera – wysyłano do cyrku, aby zarobili na swoje utrzymanie. Minęło wiele lat, zanim powoli zaczęto rozumieć autyzm oraz zespół Aspergera i wiązać go z charakterystycznymi umiejętnościami, które jak się obecnie ocenia, wykazuje co dziesiąty dotknięty tymi chorobami.

Wszystko zaczęło się pod koniec XVIII wieku, kiedy niepełnosprawny umysłowo i niewidomy niewolnik Thomas Fuller zadziwił środowisko naukowe w USA. Usłyszawszy o czarnoskórym chłopcu, zainteresował się nim sam Benjamin Rush, znany pedagog i lekarz, sygnatariusz Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych. Kiedy przyjechał na miejsce sprawdzić pogłoski o jego błyskawicznych obliczeniach, nie mógł wyjść z podziwu. Młodzieniec pomimo wyraźnego opóźnienia umysłowego potrafił bezbłędnie podać liczbę sekund, które przeżył dowolny człowiek. Posługując się jedynie podstawami algebry, Thomas zapytany o to ile sekund upłynęło przez 70 lat, 17 dni i 12 godzin w niecałą minutę bez wahania odpowiedział – 2 210 500 800. Gdy uczony zasiadł do rachunków, aby potwierdzić jego wersję, okazało się, że podana wartość jest błędna. "Zapomniał pan o latach przestępnych" – odparł "Ślepy Tom". Faktycznie, po uwzględnieniu poprawek wszystko się zgadzało. Chłopiec ten stał się zatem nie tylko pierwszym opisanym w medycynie sawantem, ale również przyczynił się do emancypacji niewolników i obalenia panującej wówczas tezy o rzekomym niskim ilorazie inteligencji osób czarnoskórych.

Zespół sawanta - tajemnica prawej półkuli
Od tamtego wydarzenia upłynęło wiele lat, wciąż nie jesteśmy jednak w stanie precyzyjnie określić przyczyn występowania zespołu sawanta. Zdefiniowaną ją jako przypadłość polegającą na posiadaniu wybitnych uzdolnień i świetnej pamięci u osoby, która jest jednocześnie upośledzona umysłowo. Choć według szacunków objawia się on u ponad 110 tys. osób chorych na autyzm albo dotkniętych uszkodzeniem mózgu, do dzisiaj opisano jedynie ok. 100 takich przypadków. Wiąże się to po części z faktem występowania trudności komunikacyjnych z chorymi osobami. Trzeba również mieć na uwadze, że nie wszystkie uzdolnienia są na tyle charakterystyczne, aby mogły trafić na pierwsze strony gazet albo do kwartalników medycznych. Bywa, że zespół sawanta objawia się poprzez wyjątkowe predyspozycje manualne. Na przykład Alonzo Clemonz w ciągu 20 minut potrafi uformować z wosku wierną podobiznę każdego zwierzęcia, jakie miał okazje zobaczyć. Innym razem okazuje się po prostu, że dziecko pamięta imię i nazwisko każdej spotkanej w życiu osoby, ale nikt je nigdy o to nie zapytał i dar dziecka pozostaje w ukryciu.

Pomimo różnic w uzdolnieniach, sawanci wykazują szereg cech wspólnych. Po pierwsze, w większości przypadków ich iloraz inteligencji wacha się pomiędzy 40 a 70. Po drugie, sześciokrotnie częściej są to mężczyźni niż kobiety. Choć zespół sawanta na charakter wrodzony, występuje on również u ludzi, którzy doznali uszkodzenia lewej półkuli mózgowej. Fakt ten w dużym stopniu tłumaczy powtarzające się spektrum uzdolnień sawantów. Nie przez przypadek bowiem cechy, które ulegają ekspresji, są tożsame prawie zawsze z funkcjami prawej półkuli mózgu odpowiedzialnej za zapamiętywanie, myślenie artystyczne i orientacje przestrzenną. Tak też większość z opisanych w medycynie przypadków dotyczy np. szybkiego zapamiętywania nazw ulic, kodów pocztowych, języków obcych (adhezja werbalna), uzdolnień manualnych, muzycznych czy skomplikowanych obliczeń, które również mają swoją podstawę w zapamiętywaniu pewnych kluczowych dla algebry zasad. Spora grupa sawantów potrafi również precyzyjnie odmierzać czas oraz błyskawicznie rozpoznawać ilość znajdujących się na danej przestrzeni przedmiotów. Co intrygujące, sawantyzm nie wykształca się w przypadku, w którym uszkodzenia doznała prawa półkula mózgu.

Zespół sawanta - tajemnica prawej półkuli
Możliwość ustalenia obszaru odpowiedzialnego na niezwykłe talenty sawantów zrodziło oczywiste pytanie: czy istnieje metoda, która pozwala na sztuczne wywołanie takich efektów, bez jednoczesnego uszkadzania lewej półkuli mózgu? Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać, bowiem już na początku lat 90. wykonano serię doświadczeń z polem magnetycznym, gdzie przy zastosowaniu przezczaszkowej powtarzalnej stymulacji magnetycznej na 17 ochotnikach, u dwóch z nich faktycznie odnotowano pojawienie się zdolności charakterystycznych dla sawantów. Badani liczyli szybciej, znacznie lepiej malowali i bez trudności zapamiętywali nawet skomplikowane liczby. Niestety po kilku godzinach od stymulacji – wraz ze spadkiem ukrwienia prawej części mózgu – cechy te stopniowo zanikały.

Dziś dzięki coraz skuteczniejszym lekom, które umożliwiają częściowe wyjście z autyzmu i związanego z nim zespołu sawanta, wiele osób, które żyły w izolacji zaczyna otwierać się na kontakty społeczne i opowiadać o swoim wewnętrznym doświadczeniu choroby. "Nie chcę, żeby ludzie mówili: <>, ponieważ bycie geniuszem może oznaczać samotność. A ja bardzo długo walczyłem z samotnością, chcę docierać do ludzi" – zwierza się Daniel Tammet, bestsellerowy autor, który jest autystycznym sawantem. Choć ten trzydziestoparolatek z Londynu nauczył się islandzkiego w tydzień i pamięta liczbę pi do 22 514 miejsc po przecinku, nie lubi się tym chwalić. Najważniejszy dla Tammeta jest jego talent pisarski. Poprzez swoje teksty objaśnia, że jednocześnie "widzi" i "odczuwa" liczby jako odrębne jednostki i pomaga naukowcom oraz czytelnikom lepiej zrozumieć, jak działa jego umysł. Tylko łącząc te dwie perspektywy – osobistą oraz naukową – będziemy umieli lepiej rozumieć, a co najważniejsze, lepiej pomagać osobom dotkniętym zespołem sawanta.

Zachęcam do przeczytania:

Jason Padgett "Rażony Geniuszem"
Daniel Tammet "Urodziłem się pewnego błękitnego dnia"

Źródło: Medonet.pl

dobre
   
słabe
   
0

Na prawie każdym blogu poświęconym zdrowiu i urodzie znajdzie się, co najmniej jeden artykuł o tym, jakie korzyści może odnieść ludzki organizm dzięki spożywaniu chlorofilu.

Chlorofil nazywany jest najczęściej w tego typu tekstach zieloną krwią, a autorzy nie mogą się nachwalić jego rozlicznych korzystnych właściwości. Pół biedy jeszcze, jeśli zalecają nam zrobić sobie zielonego shake’a. Gorzej, gdy przy okazji chcą nam sprzedać butelkę chlorofilu za 90 złotych.

Czas skończyć z bzdurami o chlorofilu. Nie wierzcie w mity nazywające go odpowiednikiem krwi
Zanim przyjrzymy się tym deklaracjom na temat chlorofilu, przypomnijmy sobie informacje o fotosyntezie, w której chlorofil bierze udział. Fotosynteza to jedna z najważniejszych reakcji na Ziemi. Jest to właściwie źródło zarówno energii żywych organizmów, jak i tlenu. Chlorofil to cząsteczka, która znajduje się w chloroplastach, a te są z kolei elementami komórek roślinnych.

Czas skończyć z bzdurami o chlorofilu. Nie wierzcie w mity nazywające go odpowiednikiem krwi
To właśnie chloroplasty, przy udziale chlorofilu, dwutlenku węgla, i wody przyjmują energię słoneczną i zamieniają ją w węglowodany oraz tlen. Węglowodany są następnie składowane w roślinach jako zapasy energii. Rośliny wykorzystują je następnie jako budulec nowych komórek lub są zjadane przez roślinożerne zwierzęta, co daje początek łańcuchowi pokarmowemu na Ziemi. Można więc powiedzieć, że bez chlorofilu nie mielibyśmy źródła energii dla organizmów na naszej planecie. Nie mielibyśmy też tlenu, który mamy właśnie dzięki temu że jest produktem ubocznym fotosyntezy.

Czas skończyć z bzdurami o chlorofilu. Nie wierzcie w mity nazywające go odpowiednikiem krwi
Pamiętajmy o tym, gdy przyjrzymy się deklaracjom dotyczącym chlorofilu.

Czy zjedzony chlorofil dostarcza tlen do organizmu?

Co prawda chlorofil uczestniczy w wytwarzaniu tlenu (pod wpływem energii słonecznej), ale sam go nie zawiera w przyswajalnej formie (jest związany chemicznie, więc jego tzw. biodostępność jest zerowa). Do tego jeśli go zjemy, zostanie strawiony, nie mówiąc już o tym, że w naszym układzie pokarmowym jest ciemno.

Czas skończyć z bzdurami o chlorofilu. Nie wierzcie w mity nazywające go odpowiednikiem krwi
Załóżmy jednak że jakimś cudem mamy w naszych jelitach światło: bo np. połknęliśmy owada o nazwie świetlik świętojański w trakcie nocnej przechadzki. Załóżmy że faktycznie zjedzona przez nas sałata rozpoczęła proces fotosyntezy i zaczyna wytwarzać tlen. I co?

I… nic.

W naszych jelitach nie ma komórek które mogłyby ten tlen zabsorbować. Znajdują się one w płucach. Niestety: chlorofil nie dostarcza organizmowi tlenu.

Czas skończyć z bzdurami o chlorofilu. Nie wierzcie w mity nazywające go odpowiednikiem krwi
I tak w ogóle, co z tym tlenem? Zauważyłem spore niezrozumienie roli, jaką odgrywa tlen w organizmie. Gdzie powinien być? W jelitach? W mózgu? (w jednej z ulotek reklamujących preparat z chlorofilem widziałem stwierdzenie że doskonale dostarcza tlen do mózgu). Natleniamy więc organizm a z drugiej strony reklamujemy preparat jako antyoksydant (przewiutleniacz). Rozróżnienie roli tlenu na poziomie komórkowym z tym wdychanym w atmosfery przerasta autorów ulotek i etykiet na opakowania z preparatami chlorofilowymi.

Czy chlorofil jest “roślinnym odpowiednikiem krwi” lub “pomaga wytwarzać krew”?

Mit ten wziął się z porównania struktury chemicznej (nie rzeczywistej, ale rozrysowanej na wzorze strukturalnym wg von Stradovitza) cząsteczki hemoglobiny i chlorofilu. W centrum tak rozrysowanej cząsteczki jest żelazo (w przypadku hemoglobiny) lub magnez (w przypadku chlorofilu). Nie jest to wcale unikalna struktura, i nie można w żaden sposób sądzić o podobieństwie właściwości obu związków chemicznych. Zamiana jednego atomu na inny może zmienić dany związek chemiczny z lekarstwa w truciznę. Myślenie że cząsteczki bardziej “podobne” strukturalnie (wg jednej z notacji), mają podobne właściwości jest wyjątkowo naiwne.

Czas skończyć z bzdurami o chlorofilu. Nie wierzcie w mity nazywające go odpowiednikiem krwi
Dodam, że mówimy tu jedynie o hemoglobinie, więc twierdzenia takie, jak przedstawia np. portal Krok do zdrowia, że “ma on [chlorofil] podobną strukturę do ludzkiej krwi” są tym bardziej nieuzasadnione. Ludzka krew to tkanka, złożona różnych rodzajów komórek a nie związek chemiczny.

Dodatkowo, częste stwierdzenie że chlorofil “pomaga wytwarzać krew” lub “zapobiega anemii” albo “dostarcza żelaza” jest również bezpodstawne – w chlorofilu nie ma ani jednego atomu żelaza.

Podsumowując: jeśli zjesz chlorofil jako część rośliny, zdobędziesz wszystkie składniki odżywcze i mikroelementy znajdujące się w tej roślinie. Jeśli wypijesz sam chlorofil, trudno tu mówić o jakichkolwiek korzyściach, poza tym że preparaty z chlorofilem często wzbogacane są o dodatkowe witaminy.


Hubert Taler
https://www.spidersweb.pl/2018/05/chlorofil-mity.html

dobre
   
słabe
   
1

Najlepszy komentarz:

Mono 2 dni temu, 15 sierpnia 18:42
0  9

Ja już zainteresowany zaczynam czytać, aż w końcu zorientowałem się, że to nie jest o chloroformie

W poprzednich filmach z serii “Sekrety waporyzacji” odkryliśmy czym jest waporyzacja oraz jak wybrać waporyzator. Przez ten czas napisaliście sporo komentarzy na ten temat oraz wysyłaliście do mnie wiadomości z pytaniami. W tym filmie wyjaśnię, jakie są najpopularniejsze fakty i mity na temat waporyzacji.


https://youtu.be/vNn76z5GLAA

dobre
   
słabe
   
0

Najciemniej jak wiadomo jest pod latarnią, stąd i największy ciemnogród rozlewa się dziś masowo pośród tych, co uważają się za szczególnie nowoczesnych i postępowych, co sprowadza się w większości do bezkrytycznego zachwytu nad tym, co na zachodzie i równie tępego negowania polskiej rzeczywistości.

Ów pseudopostępowy ciemnogród tysiącami udostępnia w mediach społecznościowych wpis porównujący suszę w Niemczech i na Podlasiu. Oto postępowe Niemcy na suszę mają techniki nawadniające, podczas kiedy zacofani katole z Podlasia jedyne co mają to modły. Wedle naszych „postępowców", susza, która uderza w polskie rolnictwo, Niemcom nie straszna.

Buraki cebulaki czyli postępy ciemnogrodu w Polsce [1]
Wpis Arthura Hossy, który opisuje się jako Filozof, tudzież Dyrektor Generalny Koalicji Demokratycznej oraz Redaktor Prowadzący „Powody dla których wyrzekłem się religii"

Buraki cebulaki czyli postępy ciemnogrodu w Polsce [1]
Ci, co z pogardą wykpiwają rzekomą ciemnotę Polski wschodniej, sami nie mają krzty wiedzy o otaczającym nas świecie.

Co robi niemiecki rolnik w obliczu suszy? Robi otóż dokładnie to samo, co rolnik z Podlasia: liczy straty i apeluje o pomoc rządu. Rząd nasz z kolei zwraca się o pomoc do Unii Europejskiej, która od tego powinna być, by rozwiązywać problemy przekraczające jeden kraj, a problem tegorocznej suszy jest nie polski, lecz europejski. Stąd wniosek Polski w tej sprawie poparło większość państw UE.

Nasi pseudopostępowcy mylą się dokładnie we wszystkim. Nie jest prawdą, że Niemcy lepiej od nas radzą sobie z suszą. Nie jest prawdą, że opierają swoje rolnictwo na nowoczesnym nawadnianiu. Nie jest prawdą, że Podlasie nie stosuje nowoczesnego nawadniania upraw. Nie jest wreszcie prawdą, że Niemcy to świeckie państwo. To temat bardzo ważny, bo zewsząd trąbi się o nadciągającej katastrofie globalnego ocieplenia oraz o niskich zasobach wody w Polsce.

  1. Susza niszczy niemieckie uprawy
    Skoro Niemcy tak nowocześnie produkują sztuczny deszcz dla swoich upraw, to znaczy, że efekty suszy powinny być tam łagodne. Tymczasem jest u nich gorzej. W wyniku susz tegoroczne zbiory zbóż ozimych spadną w Niemczech o 25%. Ogólnie zbiory zbóż mają spaść o 20% do 36 mln ton. Zbiory rzepaku ozimego spadną o 24%. Niemcy są drugim po Francji producentem zbóż w Europie i największym producentem oleju rzepakowego. Niemiecki związek przetwórców owoców i warzyw BOGK mówi o „dramatycznej" sytuacji w uprawach ziemniaków. Niemiecki związek hodowców indyków oraz związek chłopskich hodowców kurcząt domaga się wzrostu cen skupu drobiu w efekcie 25% wzrostu cen paszy. Jeszcze gorzej jest u hodowców bydła. Na wysuszonych polach nie rośnie trawa, więc rolnicy nie mają czym karmić krów mlecznych i bydła mięsnego. Ubój wzrósł o 14%. Nasi hodowcy nie mają tego problemu, bo posiadają zapasy paszy. Wielu rolników niemieckich potrzebuje pomocy. Najwięcej ucierpiały gospodarstwa ekologiczne. Niemieckie stowarzyszenie rolnicze DBV straty niemieckiego rolnictwa wylicza na 1 mld euro i takiej też domaga się pomocy od rządu. Twierdzą, że może dojść do sytuacji, że niemiecki chleb będzie pieczony z polskiej mąki.

Nie lepiej jest w Skandynawii. Zbiory pszenicy w Szwecji spadną o 40%.

Tymczasem w Polsce według komunikatu GUS z 30 lipca, zbiory zbóż będą niższe tylko o 14%, rzepaku i rzepiku — o 16%, warzyw gruntowych — o 8%. Straty szacuje się na 0,5 mld zł, najwięcej w Wielkopolsce.

  1. Niemcy nie nawadniają
    Nie jest zatem prawdą, że Niemcom susza nie straszna, bo nowocześnie nawadniają. W istocie niemieckie rolnictwo dokładnie tak samo, jak i polskie opiera się na deszczu. Różnica jest tylko taka, że Niemcy nawadniają nieco powyżej 1% upraw, zaś Polacy — poniżej 1%. W obu jednak przypadkach jest to udział znikomy. Zupełnie inaczej jest na południu Europy. Tam trzeba intensywnie nawadniać, bo niewiele by urosło.

Sytuacja Polski i Niemiec jest tutaj bardzo podobna. Za komuny nasze kraje miały znacznie bardziej rozwinięty system irygacji rolnictwa, który został poważnie zredukowany w trakcie transformacji. Obszar zirygowany w Niemczech wynosi 515 tys. ha, lecz faktyczna skala nawadniania obejmuje 237 tys. ha w 1998, 221 tys. ha w 2002. Użytki rolne w Niemczech zajmują 16,7 mln ha.

W Polsce wygląda to nader podobnie. Użytki rolne obejmują 18,7 mln ha. W 1980 nawadnialiśmy 340 tys. ha (1,8%). W 2006 obszar ten spadł do 76 tys. ha, a w 2012 do 67 tys. ha.

Polska ma bardzo do Niemiec podobne stosunki wodne. Statystyczny Polak zużywa 150 l wody dziennie. Statystyczny Niemiec — 144 l wody. Na świecie na potrzeby rolnictwa wykorzystuje się aż 70% wody. Europa południowa na potrzeby rolnictwa zużywa 60% wody, ale są też obszary, gdzie sięga to 80%. W skali całej Europy rolnictwo konsumuje 24% wody. W Polsce zaledwie 5%. Podobnie wygląda to w Niemczech. Rolnictwo niemieckie zużywa 0,3 km3 wody (jest to dokładnie objętość jeziora Wigry). Rolnictwo i leśnictwo w Polsce zużywa 1,1 km3 wody, a na potrzeby nawadniania 0,1 km3 (1985 — 0,6 km3, 1990 — 0,2 km3, 1994 — 0,5 km3).

Strachem na Lachy jest obiegowa opinia o tym, jakoby Polska miała drastycznie małe zasoby wody. Opinie te kleci się dzieląc dostępne w kraju odnawialne zasoby wody przez liczbę mieszkańców. Cóż z tego, że mamy zdecydowanie niższe zasoby na głowę niż kraje południa, skoro większość ich wody pożera produkcja żywności. Polska większość wody używa (nie zużywa, lecz używa!) na potrzeby energetyki, przy czym leżymy na morzu ciepłej wody geotermalnej, która w przyszłości może posłużyć do zasilenia naszych potrzeb energetycznych. Kluczowym parametrem wodnym jest water exploitation index, czyli udział krajowego poboru wody w naszych ogólnych zasobach odnawialnych. Dysponujemy rocznie 62 km3 wody, z czego pobieramy 10,5 km3 (2015), co daje współczynnik WEI 17%. Wartość tego współczynnika poniżej 20% oznacza sytuację nie zagrażającą (non stressed). W przeciwieństwie do krajów zachodu i południa Europy, Polska jak i Niemcy to kraje, których struktura zużycia wody nie stanowi dla nas problemu. Nasze rolnictwo dysponuje więc sporym potencjałem do wzrostu zużycia wody i rozwoju systemu nawadniania dla niwelowania strat związanych z suszami.

Buraki cebulaki czyli postępy ciemnogrodu w Polsce [1]
3. Podlasie nawadnia
Zarówno w Polsce jak i w Niemczech spadł w ostatnich dekadach areał nawadnianych upraw. Obecnie obserwujemy w Polsce dynamiczny renesans nowoczesnych systemów nawadniania, które bardzo racjonalnie gospodarują zasobami wodnymi.

Pseudonowoczesny ciemnogród zawstydza Podlasie ilustracją tzw. deszczowni, która ma być niemiecką domeną. Tymczasem Podlaskie Agro z 2015 podaje, że tego rodzaju maszyny cieszą się popularnością na Podlasiu.

Deszczownia nie jest zresztą najbardziej racjonalnym wyborem, zwłaszcza gdy chce się rozsądnie gospodarzyć wodą. Istnieje szereg polskich firm, które rozwijają efektywniejsze systemy nawadniania kroplowego. Jak robią to na Podlasiu można zobaczyć na filmie Podlaski Movie Film: panele słoneczne zasilają pompę elektryczną, która wydobywa wodę z głębokości 3 m, wpompowując ją do tysiąclitrowych zbiorników. System ciągnie więc wodę do nawadniania, gdy świeci słońce. Zgromadzona woda wzbogacona o substancje odżywcze płynie następnie podziemnymi przewodami wzdłuż upraw. Pompa jest tak ustawiona, by podlewać uprawy w godzinach rannych.

Inny polski system, opracowany przez krakowskich automatyków, jeszcze bardziej racjonalizuje zużycie energii i wody poprzez wkopywane do ziemi czujniki wilgotności gleby. W tym przypadku rolnik za pomocą smartfona kontroluje dokładną wilgotność upraw monitorując niedobory.

Obecnie w Polsce w uprawie warzyw nawadnianie staje się standardem, podczas kiedy w dominującej uprawie zbóż jest to zjawisko sporadyczne. Według badań Jacka Żarskiego z 2009 efekty nawadniania roślin zbożowych w Polsce wciąż nie są zbyt zachęcające ekonomicznie. Późniejsze o kilka lat badania (Kledzik, Kropkowski, Rzekanowski, Żarski) wykazały brak sensu ekonomicznego nawadniania kukurydzy na ziarno oraz jęczmienia browarnego. Ten ostatni jest szczególnie istotny dla naszego rolnictwa i jego rola rośnie wraz ze wzrastającą produkcją piwa. Polska szczyci się jednymi z najstarszych w Europie tradycji uprawy jęczmienia browarnego oraz dobrych jakościowo odmian.

Wschód Polski do susz przygotowuje się racjonalnie. Jak podaje Słowo Podlasia z 2017 Kobylany budują 25-ha zbiornik retencyjny przy rzece Czapelka. Będzie on zbierał wodę w okresach jej nadmiaru w celu jej wykorzystania w okresach niedoboru. Inwestycja warta 7 mln zł realizowana jest bez pomocy środków zewnętrznych, za własne pieniądze.

Pomimo kolejnych rekordów temperatur i deficytów opadów, polskie rolnictwo coraz lepiej sobie z tym radzi. Warto porównać tegoroczny spadek zbiorów zbóż o 14% czy warzyw o 8% z suszą roku 2006, kiedy zbiory pszenicy spadły o 18%, żyta — 17%, kukurydzy — 32%, zaś ziemniaków — 22%.

Ocieplenie klimatu prowadzi do kłopotów w jednych uprawach i obfitości w innych. Dotyczy to także tegorocznej „suszy stulecia", pomimo której będziemy mieli rekordowe zbiory owoców. Owoce z drzew wzrosną o 58%, zaś owoce z krzewów i plantacji jagodowych — o 25%. GW podkreśla, że ten wzrost związany jest ze słabym rokiem ubiegłym, tyle że rekord nie jest względny, lecz bezwzględny: nigdy jeszcze w znanej nam historii nie było u nas takiej obfitości owoców (szacowane 4,8 mln ton). Podobnych wzrostów mogą też oczekiwać Niemcy.

  1. Zachód modli się o deszcz
    Swego czasu grupa posłów PiS zasłynęła usiłując wdrożyć w Polsce metodę Apaczów na radzenie sobie z suszą — w kaplicy sejmowej zamówili modlitwę o deszcz. Metoda okazała się nieskuteczna. Był to rok 2006, w którym susza przyniosła naszemu rolnictwu wyjątkowe straty. Dziś PiS nie powtarza już starych błędów.

O deszcz modlą się natomiast na Zachodzie. We Włoszech biskup wzywa do modlitw o deszcz. Kościół Norwegii na swojej facebookowej stronie ogłosił modlitwy o deszcz. Dodajmy, że jest to kościół postępowy, który nieco wcześniej wprowadził homomałżeństwa a jego biskupka brała udział w paradzie równości.

Kpiny z polskiej religijności zestawianej z rzekomo świecką Europą są wyjątkowo silnym przesądem pośród pseudopostępowych. Europa nie jest laicka, jest w trakcie wielkiej zmiany, transformacji światopoglądowej. Jej rzekomy ateizm jest tej samej natury, co ateizm w okresie Cesarstwa Rzymskiego, kiedy ateistami zwano de facto tych, co po prostu odrzucali rodzimą kulturę. Poziom prawdziwych ateistów w krajach europejskich jest wszędzie taki sam. Tam gdzie notuje się masowy odsetek pseudoateizmu, tam zarazem występuje analogicznie duża wiara w inne dziwne rzeczy ponadnaturalne. Wiarę w Boga deklaruje w Polsce 88% ludzi, z czego 32% to wiara agnostyczna, powątpiewająca. W „laickiej" Szwecji wiarę w Boga deklaruje 16%, tyle że aż 54% deklaruje wiarę w „inną siłę wyższą". W Polsce w „inną siłę" wierzy zaledwie 5%. W Niemczech jest mniejszy niż w Polsce poziom wiary w Boga, ale wyższy za to w „inną siłę". I tak jest de facto wszędzie. Im większy odsetek nieokreślonej nadnaturalnej wiary w społeczeństwie, tym większy potencjał danego społeczeństwa do transformacji religijnej, do jego ewolucji w kierunku nowej religii, która niemal na pewno będzie znacznie bardziej nietolerancyjna i neoficka aniżeli religia tradycyjna — bez różnicy czy będzie to islam czy ekoreligia, wzywająca do powrotu na drzewa i wyższości innych zwierząt nad człowiekiem. Polska przyszłości może się okazać najbardziej umiarkowanym, zrównoważonym religijnie krajem Europy. Tak jak w okresie średniowiecza i renesansu.

W tym kontekście ciekawe zmiany zachodzą w Niemczech. O ile w całej Europie transformacja religijna idzie pełną parą, opierając się na orężu politycznej poprawności, o tyle Bawaria, najbogatszy land Niemiec, wprowadziła właśnie prawo obligatoryjnego wieszania krzyży chrześcijańskich we wszystkich instytucjach publicznych, podkreślając, że mają one być symbolem kulturowym wyrażającym fundamentalne bawarskie wartości: miłosierdzie, ludzką godność oraz tolerancję. W rzeczy samej krzyż jest dziś nie tyle manifestacją konfesyjną, co właśnie kulturową. Tego rodzaju prawo nie oznacza, że Bawaria będzie broniła katolickiej wizji nieba i piekła, lecz jest prostym komunikatem wyrażającym chęć zachowania europejskiej kultury, której ochrona okazuje się nieskuteczna pod sztandarami pseudoświeckości, skrajnie naiwnej wobec politycznej poprawności, która krok po kroku wdraża nam nową inżynierię społeczną.

  1. Buraki cebulaki
    Największe sekciarstwo zawsze wyraża się w podobny sposób: dziką nienawiścią wobec lokalnej kultury. Moje filipiki w obronie kultury polskiej wielu mogą się wydawać przejawem nacjonalistycznego szowinizmu, choć w istocie jestem kosmopolitą sprzeciwiającym się sekciarstwu zabijającemu racjonalne myślenie, które jest esencją kultury europejskiej, zwanej też indoeuropejską.

Lokalne sekciarstwo pseudokrytykę „polskich przywar" doprowadziło do poziomu namiętności rytualnej. Szczególną rolę w tych rytuałach ma retoryka „warzywna": dawniej głównym obiektem kpin był burak, obecnie awansowała cebula. Wyraża to szczególną pogardę sekciarstwa wobec polskiej wsi. Wieś bowiem zawiera najwięcej pamięci kultury słowiańskiej — tej żywej, w przeciwieństwie do parasłowiańskiego folkloru kreowanego przez bananową młodzież miejską, która tworzy takie hucpy jak „słowiański targ niewolnic" w ramach festiwalu „słowiańskiego" w Wolinie, bo jak twierdzi dla Wyborczej jego organizator Wojciech Celiński, „Mieszko słynął z handlu niewolnikami". Ze wsi polskiej wyrosła awangardowa kultura sarmacka. Pogarda wobec wsi odgrywa więc szczególnie ważną rolę u naszych ojkofobów.

Charakterystyczne jest, że przedmiotem tych kpin stają się szczególnie szlachetne i ważne gospodarczo warzywa. Burak dał Europie rewolucję cukrową. O ile matecznikiem rewolucji naftowej była Galicja pod zaborem austriackim, o tyle matecznikiem rewolucji cukrowej był Śląsk pod zaborem pruskim. Pierwsza na świecie cukrownia wytwarzająca cukier z buraków powstała w Konarach na Dolnym Śląsku w 1801. Gdy Napoleon podbił Śląsk przeszczepił buraka cukrowego do Francji, która jest obecnie jego drugim producentem na świecie. Liderem są także Rosja i Niemcy. Polska plasuje się obecnie na 7. miejscu w skali globu. Wobec tak kluczowej rangi buraka dla polskiej wsi, dla lokalnego ciemnogrodu stał się on wyzwiskiem. Ty buraku! — powtarzano przez lata. Po wejściu Polski do Unii, państwa zachodnie obawiając się polskiej konkurencji zlikwidowały wolny rynek cukrowy w Unii, w efekcie czego przemysł cukrowniczy w Polsce został zdziesiątkowany i podbity przez zachodni kapitał. Skończył się wtedy klimat dla kpin z buraka, którego zastąpiło kolejne dynamicznie ekspandujące warzywo — cebula.

Cebula to zupełnie wyjątkowe warzywo towarzyszące cywilizacji ludzkiej. Nie tyle warzywo, co i produkt leczniczy o wysokiej wartości biologicznej i właściwościach bakteriobójczych i przeciwwirusowych. Była otaczana czcią w starożytnym Egipcie jako symbol życia wiecznego. Przy budowie Piramidy Cheopsa, jednego z siedmiu cudów świata, wydawano ogromne sumy na zakup cebuli dla robotników. Mumia faraona Ramzesa IV miała cebule w oczodołach, kapłani egipscy często rysowani byli z cebulą w ręce. Księga Liczb podaje, że po ucieczce z Egiptu w czasie tułaczki po pustyni Żydzi bardzo tęsknili za cebulą. Cebulą stała także antyczna Grecja i Rzym. Duże ilości cebuli konsumowali zwłaszcza sportowcy olimpijscy, zaś gladiatorzy nacierali nią mięśnie.

Cebula to nie tylko główne warzywo naszej cywilizacji, ale i kluczowe dla dzisiejszej ludzkości: jest warzywem nr 2, ustępując jedynie pomidorom. Wobec takiej rangi historycznej i gospodarczej cebuli powinna ona być otaczana wyjątkowym szacunkiem w Polsce. Ponieważ jednak ton dyskursowi publicznemu nadaje pseudopostępowa ciemnota, która w ramach neokolonialnej inżynierii społecznej z iście żelazną konsekwencją ośmiesza wszystko co szczególnie znaczące w Polsce, więc popularność cebuli została wykorzystana do szczególnej pogardy i kpin z polskiej cebuli i „Polaków cebulaków". Polska nie stoi jednak cebulą. Jest jej zaledwie trzecim producentem unijnym, wyprzedzając czwarte Niemcy. Pierwszym jest Holandia. Ciekawe, czy i tam mają pożytecznych idiotów, którzy kpią z Holandii jako „kraju kwitnącej cebuli"?

dobre
   
słabe
   
10

Najlepszy komentarz:

Fudi84 4 dni temu, 15 sierpnia 16:51
0  4

Na pewno na spokojnie zapoznam się z tym wpisem. Sam fakt że, napisałeś taki eleborat w dzisiejszych czasach zasługuje sobie na szacunek.


Konkretnie limfocyt Tc (czyli: T-cytotoksyczny lub "komórka-T-zabójca"!) atakuje komórkę nowotworową!

Od czasu do czasu twoje własne komórki stają się dla ciebie (pod wpływem mutacji) zagrożeniem. Gdy tak się dzieje, twój układ odpornościowy "radzi sobie z nimi" (czytaj: morduje je!)

Limfocyty Tc czyli limfocyty T-cytotoksyczne, to subpopulacja limfocytów potrafiąca uśmiercić komórkę która ma chemiczne znamiona buntu* (wlicza się w to także komórki które zostały opanowane przez wirusy, bakterie, pasożyty, etc.) Komórki Tc zwykle sobie radzą z tym zadaniem bez problemu. Przyłączają się do buntownika i bombardują go bronią chemiczną w postaci enzymów, które powodują mini-eksplozję komórki (takie "uwolnienie" zawartości komórki do otoczenia naukowcy nazywają "lizą", aby lepiej spać w nocy).

Dlaczego komórki świecą na kolorowo?!
Film nakręcono obserwując komórki mikroskopem fluorescencyjnym. Do komórek dodano związki chemiczne zwane "fluoroforami", czyli substancji chemicznych, które fluoryzują po wzbudzeniu światłem o określonej długości, co pozwala na piękną wizualizację ich wnętrza.

Źródło: http://corporisfabrica.tumblr.com/post/110447336095/heres-some-stunning-video-of-your-immune-cells
Wikipedia (PL): https://pl.wikipedia.org/wiki/Limfocyty_Tc

*Skąd komórka wie kto jest wrogiem a kto przyjacielem? Jeśli kogoś to ciekawi, powinien wygooglować termin "MHC" (Major histocompatibility complex). Najprościej mówiąc: każda komórka ma swego rodzaju dowód osobisty informujący czym ona jest (cząsteczki MHC), a limfocyty T uczą się w szkole (czyli w grasicy) prawidłowo odczytywać te dowody osobiste.

dobre
   
słabe
   
2






Polub nas!