Pisanka
Jajko

Zdobione jajo – pisanka – to prastary magiczny symbol, który w naszych czasach jest kontynuacją pięknych tradycji, a czasami staje się małym dziełem sztuki i coraz częściej uroczą formą prezentu. Pisanka zawsze będzie symbolizować wiosnę, przebudzenie do życia, zwycięstwo światła nad chłodem i ciemnością, zimą i nocą.

Pierwsze pisanki powstawały przez rysowanie (dawniej: pisanie) na skorupce gorącym roztopionym woskiem, a następnie zanurzenie jajka w barwniku. Jako narzędzi do pisania używano szpilek, igieł, kozików, szydeł, słomek i drewienek. Uważa się, że Słowianie gotowali jajka w wywarze z dodatkiem ochry lub łupin z cebuli, uzyskując w ten sposób charakterystyczną ceglanobrązową barwę. W słowiańskich wierzeniach ludowych jajko to symbol pomyślności.

We wszystkich kulturach jajo jest potężnym amuletem przeciw złym mocom i czarom. Znaki czynione na jajkach miały charakter magiczny, służyły ochronie domostwa przed złymi duchami, rzucaniem uroku, czarami i chorobami. Wierzono też, że skorupek rodziły się dobre duszki chroniące domowników przed złem.

Na terenie Polski odnaleziono najstarszą pisankę z X wieku na Ostrówku w Opolu. Głęboko zakorzenioną prasłowiańską wiarę w magiczną moc jaja starali się wyplenić chrześcijańscy duchowni. Przez ponad dwieście lat zakazywali spożywania jaj podczas Wielkanocy. Nie mogąc zwalczyć starodawnych obrzędów, Kościół w końcu je wchłonął, ogłaszając, że poświęcone pisanki mogą zostać spożyte jako symbol zmartwychwstania.

W wielu regionach Polski wciąż kultywowane są różne ciekawe obrzędy związane z jajkami. Na wschodzie przyjęte jest trzykrotne obchodzenie domostwa ze święconymi pisankami, aby odegnać złe moce. W Wielką Niedzielę tradycja nakazuje zjeść jajko z kawałkami surowego chrzanu, który ma wypalić wszystkie grzechy, a wtedy siła bijąca z pisanki swobodnie przepłynie do ciała jedzącego. Nawet skorupkom przypisuje się wielką moc. Przed wschodem słońca, w Wielką Sobotę, trzeba – uprzednio ugotowane w Wielki Piątek jajko – obrać ze skorupki i zalać źródlaną wodą w naczyniu ustawionym we wschodnim oknie, gdzie padną pierwsze promienie wschodzącego słońca.

dobre
   
słabe
   
0


Jare gody
Witanie wiosny po słowiańsku

Jare Gody - kilkudniowy cykl obrzędowy związanego z żegnaniem zimy i witaniem wiosny. Mimo przyjęcia chrześcijaństwa znaczna część rytuałów związanych z owym świętem zdołała przetrwać do dziś: częściowo w tradycjach wielkanocnych, częściowo w regionalnych zwyczajach witania wiosny. Podobnie jak zimowe Szczodre Gody, tak i Jare Gody wywarły niebotyczny wpływ na kształt obchodów równoległych chrześcijańskich świąt. Nic w tym dziwnego, święta godowe były najważniejszymi pogańskimi obchodami, związanymi bezpośrednio z odnową, nadejściem nowego roku i cyklu wegetacyjnego.

Nazwa Jare Gody ma dawny słowiański rodowód. Prasłowiański rdzeń jar-, obecny również w imieniu boga Jaryły / Jarowita, znaczeniowo zawsze wiązał się z krzepkością i surowością, siłą wynikającą z młodego wieku. Przychodząca po równonocy wiosennej pora roku od zarania dziejów wiąże się z budzeniem nowego życia, wzrostem sił witalnych całego ożywionego świata przyrody. Zapewne właśnie z tego powodu starosłowiańską nazwą wiosny jest właśnie jar. Przymiotnik jare może tutaj zatem wskazywać przede wszystkim na wiosenną porę obchodów. Słowo gody ma z kolei związek z prasłowiańskim godъ oznaczającym po prostu rok. Gody to czas przejścia jednego roku w drugi. Szczodre Gody rozpoczynają nowy rok słoneczny, Jare Gody zaś – nowy rok wegetacyjny. Nie ma zatem nic dziwnego w tym, że dawni Słowianie przejście starego roku w nowy świętowali dwa razy w roku.

Pogańscy Słowianie w hucznym witaniu wiosny nie byli odosobnieni. Nie jest tajemnicą, że w kulturze wszystkich pogan szczególną wagę przywiązywano do dni przejścia pomiędzy poszczególnymi porami roku. Pora równonocy wiosennej była ważnym punktem pogańskiego kalendarza liturgicznego – od jej przyjścia dzień ponownie jest już dłuższy od nocy, światło zaczyna wygrywać nad ciemnością. Jest to zatem bez wątpienia powód do radosnego świętowania. Wśród Germanów dzień równonocy wiosennej nazywany był świętem Ostary, germańskiej bogini wiosny i płodności, która wśród Anglosasów jest także nazywana imieniem Ēostre. To właśnie od imienia tej bogini językoznawcy wyprowadzają wyraz Easter, angielską nazwę Wielkiejnocy. Podobnego typu obchody były znane również w kulturze staroirańskiej, gdzie w czasie święta Nouruz (od nava rəzaŋh – nowy dzień) radośnie świętowano ten przełomowy moment roku. Podobnych przykładów byłoby można jeszcze mnożyć, przez co nie ulega wątpliwości fakt, że chrześcijańskie obchody Wielkiejnocy są zgrabną syntezą rozmaitych indoeuropejskich wierzeń i rytuałów związanych z witaniem wiosny. W końcu i przyroda, podobnie jak Jezus Chrystus, zmartwychwstaje na przełomie marca i kwietnia.

W wierzeniach pogańskich rytuały witania wiosny przeważnie były dedykowane konkretnym bóstwom. W wypadku Słowian takimi bóstwami byli Jaryło i Marzanna, para związana z dawnym słowiańskim mitem płodności. Kult Jarego Boga (zwanego wśród Słowian Jaryłą, Jarowitem lub Jarunem) znany był na obszarze całej Słowiańszczyzny. Źródła etnograficzne jego postać zwykły opisywać jako bosego młodego boga z bujną czupryną, mknącego przez świat na białym rumaku. Atrybutami Jarego Boga są wianek i kłosy żyta, uniwersalne symbole kojarzone z płodnością. Sam Jaryło zdaje się być z kolei słowiańską personifikacją cyklu wegetacyjnego. Świadczy o tym jego kolejny atrybut – głowa starego mężczyzny, która wedle wierzeń należy do jego ustępującego poprzednika, starego Jaryły. Tego samego podstarzałego Jaryłę żegnano bowiem symbolicznym pogrzebem latem po porze zbiorów, kiedy to noc ponownie zrównywała się z dniem.

W dniu równonocy wiosennej należy również w symboliczny sposób rozstać się z odchodzącą zimą, której słowiańską personifikacją jest bogini Marzanna. Co ciekawe, bogini ta w wierzeniach Słowian zdawała się odgrywać rolę bardzo zbliżoną do Jaryły. Marzanna, podobnie jak Jary Bóg, jest opiekunem cyklu wegetacyjnego i wypraw wojennych. Badacze religii Słowian do dziś spierają się o to, czy Marzanna faktycznie była wyłącznie boginią zimy, czy też odpowiadała za całą przyrodę. Przypuszcza się bowiem, że miała ona niejedno oblicze. Początek wiosny dawał jej zatem sposobność do przemienienia się w Dziewannę, która była jej młodzieńczym wcieleniem. Pomiędzy Marzanną i Dziewanną istniałaby zatem podobna więź jak w wypadku starego i młodego Jaryły, a także Swaroga i Swarożyca. Początek nowego cyklu dawałby staremu bogu sposobność do odmłodzenia wizerunku.

Po uroczystym rozpoczęciu Jarych Godów słowiańska ludność gromadziła się na wzgórzach. Mężczyźni rozpalali wielkie ogniska, po to, by przywołać w ten sposób możliwie najwięcej ciepła i słońca. W czasie tym zbierano również wierzbowe i leszczynowe witki, z których robiono tzw. wiechy – pęki gałęzi i kwiatów, które zatykano na dachach nowych budynków, po to, by uchronić je przed wszelkim złem. W czasie Jarych Godów domostwa były sprzątane i okadzane, pieczono także rozmaite wypieki, m.in. tradycyjne słowiańskie kołacze. Kulminacją obchodów Jarego Święta była obfita uczta, którą wyprawić należało na wzgórzu. Towarzyszyły jej igrzyska połączone z radosnym śpiewem i tańcem. W interesie współbiesiadników było to, by zabawa była możliwie najprzedniejsza. Godne przywitanie wiosny było bowiem wróżbą urodzaju w nadchodzącym cyklu wegetacyjnym.

Ważną częścią Jarego Święta było malowanie jajek, które symbolizowały odnowę, energię, radość życia i urodzaj w nowym roku wegetacyjnym. Pięknie ozdobionymi pisankami bądź kraszankami Słowianie obdarowywali się w czasie obchodów Jarych Godów, po to by zapewnić sobie płodność i urodzaj. Jajko jest zatem bardzo starym symbolem związanym z pogańskimi wierzeniami. Związek jajka ze zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa wydaje się zatem wtórny i wymuszony. Tak ważne dla Słowian obchody nie mogłyby obejść się także bez oddania czci zmarłym przodkom. Podczas Jarego Święta słowiańska ludność udawała się na mogiły swych bliskich, gdzie zostawiano na ich grobach jadło i napitek. Wszystko po to, by w ten sposób uhonorować swych dziadów.

W czasie Jarych Godów obchodzono również Śmigus i Dyngus – rytuały oczyszczające, przynoszące siłę i zdrowie. Śmigus polegał na smaganiu się nawzajem rozkwitłymi witkami, a także oblewaniu się wodą. Radosne śmiganie się witkami wzmagało siły witalne u kobiet i mężczyzn, przez co był to sprawdzony rytuał zaklinający płodność. Nieprzypadkowe były też drzewa, z których wykonywano wspomniane witki. Mężczyznę dobrze było rozochocić gałązkami dębowymi, gdyż dąb to słowiański symbol męskości i siły. W wypadku kobiet lepiej sprawdzały się witki brzozowe lub wierzbowe, ponieważ były to drzewa delikatniejsze, postrzegane jako kobiece. Zwyczaj Śmigusa był dla kawalerów i panien idealną okazją do wzajemnego dotarcia się. Niewysmagana i nieoblana panna mogła obawiać się o swoją przyszłość – brak zainteresowania ze strony kawalerów może wszakże z czasem przerodzić się w staropanieństwo. Rytuały smagania i oblewania przynosiły również oczyszczenie – pozwalały wejść w nowy rok wegetacyjny bez chorób i brudu.

Początek nowego roku wśród Słowian nie może się również obejść bez składania sobie wzajemnych wizyt. Ozdobą Szczodrych Godów były przepiękne grupy kolędnicze, które wędrowały z pieśnią i oracją od domu do domu. W czasie Jarych Godów wzajemne wizyty był może i mniej barwne, jednak przywiązywano do nich równie wielką uwagę. Współczesna nazwa tego zwyczaju Dyngus wywodzi się od niem. dingen, czasownika oznaczającego wykupywanie się. Po słowiańsku zwyczaj ten był zwany włóczebnym. W interesie gospodarza domu leżało to, by należycie obdarować włóczebników nie tylko malowanymi jajkami, ale też sowitym poczęstunkiem w postaci dobrego jadła i przedniego trunku. Kto bowiem nie ugości odpowiednio takiego gościa, musi liczyć się z nieurodzajem w polu i innymi nieszczęściami. W kwestii barwnych wczesnowiosennych korowodów wędrujących po wioskach należy pamiętać jeszcze o tzw. gaiku, zwyczaju słowiańskiego ludu polegającym na radosnym pochodzie z zielonym drzewkiem w ręku i z oracją na ustach. Z gaikiem chodzono po to, by przywitać nowe lato, cieplejszą część roku. Śmiało można zatem przypuszczać, że współczesne gaiki to kolejna spuścizna dawnej pogańskiej tradycji.

źródło: www.slawoslaw.pl

dobre
   
słabe
   
0

EKSPERYMENT ROSENHANA - JAK ŁATWO ZOSTAĆ SCHIZOFRENIKIEM
„Zdrowy w chorym otoczeniu” – tak brzmiał tytuł pracy prof. Rosenhana, opublikowanej w magazynie naukowym „Science”*. Mowa w niej o ośmiu uczestnikach eksperymentu, który po opublikowaniu nieźle wstrząsnął psychiatrią.

Prof. David Rosenhan był amerykańskim profesorem psychologii na Uniwersytecie Stanford i już w 1968 roku jako 40-latek zadał sobie pytanie, czy rzeczywiście istnieje różnica pomiędzy byciem „normalnym” i kimś potocznie nazywanym „wariatem”. Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie zorganizował on 4-letnie badania, które przeszły do historii psychologii, jako „Eksperyment Rosenhana”. W tej iście szerlokomskiej pracy towarzyszyło mu 7 osób (czterech mężczyzn i trzy kobiety): trzech psychologów, jeden lekarz pediatra, student psychologii, malarz i gospodyni domowa. Francuski filozof Michel Foucault po zakończeniu badań życzył Rosenhanowi „Nagrody Nobla za humor naukowy".

Plan Rosenhana wydawał się w miarę prosty i miał odpowiedzieć na pytanie, jak długo psychiatria będzie potrzebowała, aby orzec, że w przypadku tej ósemki ma do czynienia z „normalnymi” ludźmi, którzy faktycznie nigdy wcześniej nie mieli żadnych form tzw. zaburzeń psychicznych. „To pytanie nie jest ani niepotrzebne, ani zwariowane” napisze on później we wspomnianej publikacji. „Nawet jeżeli jesteśmy osobiście przekonani, że potrafimy rozgraniczyć, co jest normalne, a co nienormalne, to nie ma na to przekonywujących dowodów”.

Co prawda Księga Diagnostyczna (DSM) Zjednoczenia Psychiatrów Amerykańskich dzieli pacjentów na kategorie według symptomów, co ma umożliwić odróżnienie osoby zdrowej od „chorej psychicznie”, ale w Rosenhanie pojawiło i umocniło się zwątpienie w sens tak stawianych diagnoz. Stwierdził on, że „choroba psychiczna” nie jest diagnozowana na bazie obiektywnych symptomów, a na subiektywnym postrzeganiu „pacjenta” przez obserwującego lekarza. Wierzył, że do rozjaśnienia problemu przyczyni się właśnie jego eksperyment, w którym sprawdzone będzie, czy ludzie nigdy nie cierpiący na żadne „choroby psychiczne” zostaną w szpitalu rozpoznani jako zdrowe i jeśli tak, to na jakiej zasadzie to się odbędzie.

Przygotowania do eksperymentu wyglądały zawsze tak samo: pan profesor oraz współuczestnicy projektu przez kilka dni nie myli zębów, panowie się nie golili, następnie pseudopacjenci ubierali się w nieco przybrudzone ciuchy, pod fałszywym nazwiskiem umawiali telefonicznie z wybraną kliniką psychiatryczną i krótko po tym pojawiali się tam, twierdząc podczas przyjęcia, że… słyszą głosy. Było to oczywiście nieprawdą, tak jak nieprawdziwe były podane przez nich nazwiska i zawody. Mało tego, nawet opisywane przez pseudopacjentów „głosy” nie miały odniesienia do znanych w psychiatrii opisów, gdyż nie ma głosów „pustych”, „próżnych” i „głuchych”, jak to z premedytacją przedstawili uczestnicy eksperymentu w pierwszej rozmowie z lekarzem.

Po diagnozie, która w siedmiu przypadkach brzmiała „schizofrenia”, a w jednym „zespół depresyjno-maniakalny”, nasi „pacjenci” zaczynali zachowywać się już tak, jak na co dzień w normalnym życiu, o głosach więcej nie wspominali, przestrzegali regulaminu, byli kooperatywni wobec lekarzy i personelu oraz mili i rzeczowi w swoich wypowiedziach. Ich zadaniem było przecież jak najszybsze przekonanie lekarzy i personelu szpitalnego o swoim zdrowiu psychicznym i wyjście z kliniki bez pomocy z zewnątrz.

Jak się szybko okazało ich wzorowe zachowanie nie zmieniło niestety postaci rzeczy, a raz wypowiedziana diagnoza okazała się już nieodłączną i stygmatyzującą etykietą pacjenta. Naukowcy z niepokojem obserwowali nagminnie pojawiającą się psychiczną i fizyczną brutalność personelu wobec hospitalizowanych. Eksperyment okazał się więc już w początkowej fazie bardzo niebezpieczny, przez co część jego uczestników poczuła wyraźny strach „przed pobiciem lub gwałtem”. W efekcie tych pierwszych doświadczeń do projektu dokooptowano prawnika, z którym ustalono plan ewentualnego działania na wypadek okaleczenia lub śmierci któregoś z uczestników eksperymentu i dopiero wtedy grupa „ruszyła” na kolejne kliniki. Ogólnie eksperyment przeprowadzono w 12 szpitalach, po części w tych starszych, o ściśle konwencjonalnym podejściu do „pacjenta”, a po części w nowoczesnych, nastawionych badawczo.

Wszyscy byli chorzy

Nikogo nie rozpoznano jako zdrowego, a pobyt w szpitalach psychiatrycznych trwał średnio blisko 3 tygodnie (od 7 do 52 dni). W czasie eksperymentu pseudopacjenci otrzymali 2100 różnych leków antypsychotycznych, które po kryjomu wypluwali; były to różne preparaty na, za każdym razem, te same objawy. Grupie badaczy aż niewiarygodny wydawał się fakt braku zainteresowania ze strony lekarzy i personelu, którzy „przechodzą koło człowieka, jakby go nie było”. Okazało się, że po raz wypowiedzianej diagnozie, nikt już nie traktuje pacjenta jak człowieka, a jego zachowania, jakie by nie były, będą już zawsze odbierane, jako symptom „choroby psychicznej”. Notatki na przykład, które początkowo nasi pseudopacjenci robili w tajemnicy i szmuglowali poza szpital, już po krótkim czasie mogły być czynione bez kamuflażu, gdyż ani lekarze, ani obsługa szpitala się tym nie interesowali. Z raportów szpitalnych wynikało później, że ciągłe prowadzenie notatek było jednym z symptomów choroby psychicznej.

Nie wyjdziesz, aż się nie przyznasz!

Rosenhan w swoim eksperymencie podkreśla szczególny problem władzy psychiatrii nad „pacjentem”. Zdiagnozowanie u pseudopacjentów (w jednej rozmowie!) „schizofrenii” oznaczało nieuchronne zaszufladkowanie ich, utratę podstawowych praw i od tego momentu nie tylko każde ich (bądź co bądź normalne) zachowanie było interpretowane już jako choroba, ale do diagnozy dopasowywany był cały ich życiorys! Jeden z uczestników eksperymentu odnotował pół żartem pół serio, że w klinice miał poczucie „bycia niewidzialnym”, gdyż statystycznie 71% psychiatrów i 88% sióstr i sanitariuszy w ogóle nie reagowało na proste pytania, które zadawał im w ciągu dnia, jako „pacjent”, a jeśli była jakakolwiek reakcja to wyglądało to tak, jak w poniższym przykładzie:

Pacjent: Przepraszam, panie doktorze… Mógłby mi pan powiedzieć, kiedy będę mógł skorzystać z możliwości spaceru w ogrodzie?

Lekarz: Dzień dobry Dave. Jak się pan dzisiaj czuje? (Lekarz odchodzi nie czekając na odpowiedź…).

Samo wyjście ze szpitala psychiatrycznego okazało się w każdym przypadku niemożliwe bez przyznania się „pacjenta” do tego, że… jest chory. Dopiero po takim określeniu się nasi pseudopacjenci opuszczali szpitale. Dodajmy tylko, iż nie, jako „zdrowi”, ale ze zdiagnozowaną „schizofrenią w remisji” (czyli zaleczoną na pewien czas).

Skandal

Wielkie oburzenie psychiatrii konwencjonalnej, jakie wybuchło po upublicznieniu badań Rosenhana przyniosło za sobą niespodziewanie drugą fazę eksperymentu, przy czym pierwsza jego część została odrzucona przez rozzłoszczonych psychiatrów, jako „wybrakowana metodycznie”. Dyrekcja jednego ze szpitali psychiatrycznych stwierdziła wtedy w debacie publicznej, że „w naszej klinice coś takiego nie mogłoby mieć miejsca”, na co Rosenhan odpowiedział eleganckim wyzwaniem na pojedynek obiecując, że na przestrzeni następnych 3 miesięcy wyśle tam swoich pseudopacjentów.

Trzy miesiące później, kiedy doszło do weryfikacji drugiej fazy „Eksperymentu Rosenhana” okazało się, że wyzwany na pojedynek szpital ze 193 ogólnie przyjętych w tym czasie pacjentów określił 41, jako podejrzanych o bycie pseudopacjentami Rosenhana i kolejnych 42, jako zdemaskowanych pseudopacjentów. Tylko, że druga faza projektu prof. Rosenhana polegała na tym, jak się okazało, że… nikogo tam nie wysłał.

Jako materiał uzupełniający, który bardziej „po polsku” traktuje sprawę, polecam obejrzeć poruszającą sztukę Teatru Telewizji pt.: „Kuracja”, według książki Jacka Głębskiego (reż.: Wojtek Smarzowski, w roli głównej: Bartek Topa). Sztuka opowiada o psychiatrze naukowcu, który chcąc poznać tajniki swoich podopiecznych postanawia symulować schizofrenię, stając się „zwykłym pacjentem psychiatryka”. O eksperymencie mało kto wie, a sytuacja szybko wymyka się spod kontroli…

*Publikacja: On Being Sane in Insane Places w: Science, 179, 250-8.
https://www.psychologiawygladu.pl/2015/10/eksperyment-rosenhana-jak-atwo-zostac.html

dobre
   
słabe
   
3

Najlepszy komentarz:

Damianov 4 godziny temu
0  0

Wniosek: łatwiej udać schizofrenię niż przekonać że się żartowało

CatsWowPizza 4 godziny temu
0  2

@Damianov:
Uważam, że większości ludzi brakuje zrozumienia i wsparcia.
Łatwo jest szufladkować, oceniać, odrzucić, przykleić łatkę: pijaka, wariata, gorszego (wieczna rywalizacja o wszystko).
Psychotropy robią z nas warzywka a kasa leci w chciwe łapki.. (ciekawe ile publicznej kasy idzie na chorych psychicznie) :)
W ogóle mam takie zdanie, że każdy z nas był/jest/będzie w pewnym sensie, tj. bardziej lub mniej psychiczny :P

Definicja tolerancji (encyklopedia PWN) i pytanie: dlaczego postawa braku tolerancji spotyka sie z nietolerancją? Dupa na zachęte:)
tolerancja [łac. tolerantia ‘cierpliwość’, ‘wytrwałość’], socjol. postawa zgody na wyznawanie i głoszenie poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na praktykowanie sposobu życia, którego zdecydowanie nie aprobujemy, a więc zgody na to, aby zbiorowość, której jesteśmy członkami, była wewnętrznie zróżnicowana pod istotnymi dla nas względami.
Tolerancja oznacza rezygnację z przymusu jako środka wpływania na postawy innych ludzi. Wyjątkami są jedynie sytuacje, w których owe postawy zagrażają bezpieczeństwu osób oraz ich mienia (tolerancja nie rozciąga się więc np. na zabójców, gwałcicieli czy złodziei). Zakres tolerancji jest historycznie zmienny. W większości społeczeństw albo nie było jej wcale, albo była bardzo ograniczona na skutek tego, że jednemu systemowi moralnemu przysługiwało uprzywilejowane stanowisko bądź monopol. Tolerancja objęła najwcześniej innowiercze wierzenia i praktyki rel., stopniowo rozszerzono ją na inne dziedziny, np. sferę obyczajów. Jakkolwiek zasada tolerancji jest współcześnie stosunkowo szeroko uznana i prawnie zagwarantowana niemal na całym świecie, bywa nierzadko kwestionowana i naruszana. Tam gdzie jest w pełni przestrzegana istotnego znaczenia nabrał problem granic tolerancji

dobre
   
słabe
   
8

Najlepszy komentarz:

Zaratustra wczoraj o 18:08
0  0

Masz prawo wyrażać swoją opinię. Ja mam prawo mieć ją w dupie. Druga sprawa, że większość z nas zapomina o najważniejszym - braku przymusu do wyrażania opinii. :)

Damianov wczoraj o 18:15
0  0

@Zaratustra: z opinią jest jak z dupą: każdy ma swoją. Jakby tak zamiast "opinii" użyć faktów?

zenonzbeuthen wczoraj o 18:20
0  0

@Damianov: Zapomniałeś dodać, że cudza dupa zawsze śmierdzi.

Zaratustra wczoraj o 18:28
0  0

@Damianov: To właśnie duża część faktów tworzy opinie. Faktem jest, że np stół jest czerwony. Opinią, że ktoś nie lubi czerwonych stołów. Operowanie samymi faktami jest bez sensu :D

Damianov wczoraj o 18:51
0  1

@Zaratustra: ja to kumam, ale nie kumam skąd kurua sie bierze to ze nie powinno sie komuś coś podobać albo ze powinno sie komus coś podobać i narzucanie tego, swojego gustu że tak powiem...

  • Kumple

    6 junkie junkie Wiedza    link    4 dni temu, 16 kwietnia 19:31     16061

Kumple

dobre
   
słabe
   
0

Mrówka zombie
Ophiocordyceps unilateralis (Tul.) Petch − gatunek grzybów z rodziny Ophiocordycipitaceae.
Grzyb potrzebuje odpowiedniej temperatury i wilgotności oraz odległości od gleby do wzrostu. Zarodniki atakują mrówkę. Grzyb rozrastając się zmienia sposób, w jaki reaguje ona na feromony. Zainfekowana ofiara porzuca mrowisko, wchodzi na drzewo i na odpowiedniej wysokości wbija się w liść żuwaczką i obumiera. Grzyb przerasta ciało mrówki i z tyłu jej głowy wypuszcza szypułkę, która, pękając, rozsiewa zarodniki. Zarodniki są niesione z wiatrem i infekują kolejne mrówki.
Pasożyt infekujący mrówki z gatunku Camponotus leonardi, i jak wcześniej sądzono, zmieniający ich zachowanie w celu rozsiania zarodników. Okazało się, że grzyb nie kontroluje mózgu ofiary, lecz przejmuje kontrolę nad mięśniami nóg, czy żuchwy mrówek.

dobre
   
słabe
   
5

Najlepszy komentarz:

gryczka71 3 dni temu, 15 kwietnia 05:47
0  2

Widac ze nowy film na netflix obejzany ;)

  • Złącze

    14 junkie junkie Wiedza    link    6 dni temu, 14 kwietnia 12:56     32175

dobre
   
słabe
   
2

Najlepszy komentarz:

sheaker wczoraj o 17:54
0  3

A jest to przegub Cardana. Warto wspomnieć o jednej z wad - przy stałej prędkości obrotowej jednego wałka ten drugi obraca się ze zmienną prędkością na zmianę przyspieszając i zwalniając w czasie każdego obrotu. Jest jednym ze źródeł nierównomierności pracy.






Polub nas!